ENIGMA


Rok Awokado


Chciałam przebiec przez ulicę w miejscu, w którym wahałam się, czy majaczący na horyzoncie autobus, pasuje mi, czy wymijająco skręca. Tuż przed przystankiem, zdradliwie. Podjechał trochę bliżej, wiedziałam, że ma numer 159 i zagadkowy przy tym numerze wyświetlony znak. Coś na kształt motyla. Więc autobus oznaczony motylem skręca, wiedziałam po pół minucie, może to system znakowania dotyczący całego miasta. Autobusy z wyświetlanym motylem skręcają nieoczekiwanie. To powód, żeby przebiegać przez ulicę w takim miejscu. Powinny też zaraz w takich okolicach stać znaki drogowe - "Uwaga przebiegające sarny". Ale takie urocze sygnały obowiązują tylko w strefach leśnych, wykluczają się całkowicie z miastem.

A szkoda, może byłby to lekki nadrealizm, ale czy nie byłoby to bardziej rozkoszne?

Chociaż w Sztokholmie, nie trzeba tak bardzo oddalać się od centrum, żeby uraczyć się obecnością jelenia. Sterylne lasy, kamyki chrzęszczą pod nogami jak wyjęte z terrarium.

Ostatecznie przebiegam i czuję się z tym odrobinę lepiej. To znaczy łamię coś tam, jakiś przepis - odtrutkę dla policjantów, których twarze wyglądają jak wyłączone telewizory. Przebiegam chociażby dlatego, że nie ma przy sobie lustra. Tak, ostatnio nie uczyniłabym tego, bo niosłam lustro. Niewielkie, odrobinę powiększające lusterko, w którym można obejrzeć twarz. Ale to wystarczający powód, żeby kroczyć statecznie. W majestacie przepisu drogowego.

Jakby gdzieś jeszcze istniał umiar i rozsądek, ale nie w moim sercu.
Lustro już stłuczone, prawa fizyki silniejsze niż sugestia, na której to miał się trzymać ten przedmiot. Chociaż ona większa od kwadracika kleju po środku spodu lustra, to i tak zbyt wątła. Ile trwa sugestia - pewnie przestaje działać dokładnie w sekundzie w której odwracamy myśli od cumowanego nią przedmiotu. To znaczy nie dłużej niż prysznic, niż kilka przystanków autobusem, niż lód na patyku. Ta jednak naprawdę trwała niemiłosiernie, jak nie z tego świata, długo. Kilka dni ? Na pewno. W końcu lusterko brzęknęło z jęknięciem z jakim pękają serca pluszowym, wyświechtanym pieskom. Jest to sygnał, że piesek przestaje istnieć. Przestaje czuć, a dalsza dematerializacja objawiająca się w wielu szczegółach, przy tym w żałosnym wypadaniu nitek, przestaje nawet mieć znaczenie. Dusza takiego pieska dalej nie zobowiązuje.

Ja też już dłużej nie mam pieska z materiału. Był fajny, ale przeminął. To nie tak jak z awokado...

Awokado o wydźwięku wyłącznie i bezpośrednio burżuazyjnym. Istniało w moim życiu rok. I dłużej. Nie był to rok burzliwy ani pozbawiony dni pełnych miłości, ale zdecydowanie minął. Pozostał po nim posmak, słodkawy, wonny, lekko obezwładniający. Doskonałości równej temu co ratował z Krainy Umarłych Orfeusz.

Najważniejsze, że się przeprowadziłam - myślę i znów maniacko-cwaniacko przebiegam ulicę. Z lustrem nie ma problemu. Od dwóch dni mam nowe. Od znajomych. Takich co strasznie cenią śmietniki i ono właśnie z niego pochodzi. Czuję więc, że mam w domu artefakt. Czas się w nim zakrzywia. Jestem pewna. Może coś się w nim, zranionym tym wyrzuceniem przestawiło z chrupnięciem piachu. W wewnętrznym wehikule, który jest niewidoczny, ale który przecież musi istnieć. Sam stopiony piasek, szkło, malowanie czymś srebrnym spodu. To nie wystarczy. Nie dam się nabić w taką teorię. Lustro przecież oddycha, nie znosi kurzu. Ten nie może na nim zbyt długo osiadać. Tam wewnątrz musi być jakiś bardzo stary półżywy mechanizm. Wampiryczny omen, który odzywa się co pół wieku.

Teraz podchodzę do lustra z namaszczeniem. Kiedy patrzę na swoje odbicie, nie czuje się pewnie. Bo to zwierciadło zmienia. Raz, kiedy patrzyłam w nie, przyszło mi do głowy pewne skojarzenie. Ja - królowa pszczół szukająca nowego roju. Wszystko zrozumiałe. To taka wróżba na nowym miejscu.

Zadomowienie. Jak u kota, jak u paproci. Na pozór niechętne i trudne. Inaczej, następnego dnia widzę siebie normalnie. Ja młoda kobieta, która poznała miłość, jestem dotknięta nią i nią wybrana. Widzę przez szybę z oknem drugą istotę. Lustro oddaje piękno i świetność. Ta druga istota jest niedotykalna. Wymyka się ta postać. Nie mogłabym jej teraz za nic w świecie poprawić. Ująć czegoś złowieszczym, nagłym ruchem.

Tak więc ja wystawiona na działanie wszelkiego rodzaju czynników atmosferycznych i ludzkich. Oraz to odbicie, które uparcie stroni od wszystkiego. A ja co dzień niosę mu jakieś nowe pozdrowienie, zaglądając w jego toń.

Nie jest tak, że któregoś dnia zobaczę w lustrze zupełnie kogoś innego zamiast siebie. Na przykład linoskoczka. Ale jak przez rój wcieleń przebija się moja tożsamość. Wybór należy do mnie, umysłu. Wieczorem w półmroku, po powrocie z ważnego spotkania na którym tak wartko płynął czas. Widzę swoje odbicie jak rozbite na mnogość elementów, których złożenie w całość nie wystarcza abym to była ja. Do tego jeszcze niezbędne moje spojrzenie. Moje uznanie.

Poza tym w domu przybył jeszcze jeden element. Koło dzielone pawimi piórami. Też przyniósł je znajomy. Ale nie pytałam, czy ze śmietnika. Myślę, że nie.

Koło to wydaje się mieć niepewne korzenie. Zdaje się, że istniało do niego kluczowe pawie pióro - strzała. Może taka była z tym kołem zabawa. Rzut do celu. Piórka sterczą marnie, to staroć, kiedy otwieram okno igra na nich wiatr. Myślę sobie od razu - nie od razu, nie wynajdę dla niego zastosowania. Ustawiam pod lilią. Otwarty kielich kwiatu i zamknięty owal koła ze sterczącymi piórami. Ładnie się komponuje...

Wpada znajomy i opowiada, że koło to wraz z mieczem namaszczonym miodem stanowiło parę walecznych atrybutów. Za czasów Filipa Pięknego. Nie trzeba było nawet tego miecza unurzyć w ciele wroga, aby go dopaść i skutecznie unieszkodliwić. Wystarczyło skonstruować lalkę z wosku i z nią się rozprawić mieczem. W bić w środek koła, przebić kukiełkę. Czyli trochę się pomyliłam. Nie pióro do ugodzenia, ale miecz do tego samego.

Któregoś dnia wstaję i zahaczam o wielką biel. Strumień światła wzmocniony przez lustro rozgrzewa pióro. Do ognia nie dojdzie. Nie chcę, żeby mnie ktoś stąd wyeksmitował . Wygnał, nawrócił. W piśmie czytam horoskop dla siebie. W tym miesiącu będę na fali. Słyszę ulubioną piosenkę. Choć koleżka, który ją nagrał, nigdy nie wyszedł poza mity swojego pokolenia.

Myślę czemu te dziwne sprzęty przetrwały. Może zło było zbyt głęboko zakorzenione. Nie rozprawiono się z nim skutecznie, kiedy jeszcze był na to czas. Myślę i przebiegam przez ulicę. Lekarstwa duchowe stały się nieskuteczne. Do tego jak twierdzi mój znajomy, na malowidłach nawracanych Indian - źli ludzie, którzy nie chcą zmiany - idą do piekła, dobrzy nawracający się - do raju. Nieba nie ma. Ale wsypa. Do nieba idą biali?...

Już nie zastanawiam się. Kiedy myślę o tym o czym powinnam myśleć, marzę o jednym. O tym, żeby gdzieś była zapisana wyrocznia. Ale nie może to być słowo o mocy miecza. W księdze, która powstała pod wpływem zmory czasów heretyków - strachu, napisano : pod protekcją Boga nie dosiadać konia w momencie zaćmienia. Zaklęcia.

Przesada. Przebiegam, myślę o awokado. Miało odpowiednie właściwości. Podawane łączyło się z milczeniem. Jaki to błogi smak. Wewnątrz jakby orzech, którego się nie rozgryza. Duża, twarda pestka. Zjada się tylko to co naokoło. To jak przywołanie. Chwili, momentu zapomnienia. O ujarzmieniu i niepokoju spotykanych zawsze razem.


Katarzyna Kolbowska


powrót


www.enigma.pl  ©  1986-2004