ludzie sztuka myśli archiwum

POCZĄTEK

– Dobrze już, dobrze – Robert nie mógł się opędzić od witającego przyjaciela. – Puść. Zostaw te buty! No.

W kuchni panował lekki chaos. Robert spojrzał na zegarek. Piąta. Jeśli się pospieszy, zdąży coś przygotować, zanim Agata wróci z Małą. Ale posprzątać już nie da rady. Chyba, że posprząta... ale co wtedy zjedzą? Takie dylematy przeżywał mniej więcej od siedmiu lat. Od czasu, kiedy wyprowadził się z domu rodziców i rozpoczął przepełnione pracą życie. Nauczył się, że tylko połowę czynności można wykonać.Na resztę brakowało czasu. Zwłaszcza po ślubie.

Był już u kresu swoich możliwości. Trzy po piątej, kiedy próbował szybko wyjść z firmy, usłyszał za sobą znajomy, miły i mrożący krew w żyłach głos.

– Tomcio! Idziesz już?

Ponownie założył na usta wyuczony uśmiech i odwrócił się na pięcie.

– Idę, ale w porządku, mam jeszcze chwilkę.

Nie miał jej już od dwudziestu minut. Powinien dzisiaj wcześniej wyjść z pracy. Jechali z Małym do lekarza, a ta wizyta nie mogła czekać. Mały był chory, miał problemy z nerkami. Tak duże, że codziennie musiał dostawać zastrzyki o ściśle określonych porach. A dzisiaj przypadała dodatkowo ważna kontrola.

– Mam jeszcze dwie rzeczy...
Szefowa radośnie skinęła, aby się jeszcze do niej pofatygował.

Gdyby kurier, wnoszący do biura ekspresową przesyłkę spojrzał na stojącego przy schodach człowieka, rozmawiającego z młodą kobietą, zobaczyłby, jak człowiek ten wolno przymyka powieki. Zobaczyłby, jak rezygnacja próbuje się przez te przymknięte powieki wydostać. Zobaczyłby, jak człowiek znajduje w sobie jeszcze iskrę woli, żeby jej nie uwolnić.

Zobaczyłby, jak zwycięża.
Ale kurier nie mógł tego widzieć. Wszedł do innego biura.

– Bardzo gustowne kokardki! Nie chciała tego, ale samo jej się powiedziało. Było już piętnaście po piątej, poza tym była w beznadziejnie głębokim dołku.

Właścicielka Yorka właśnie otwierała drzwi. Ta uwaga zabrzmiała tak sztucznie i szyderczo, że starsza pani aż przystanęła. Zmieszana zaczęła się tłumaczyć, jak zazwyczaj robią ludzie starsi w konfrontacji z arogancką młodzieżą.

– Pani, co ja zrobię, że mam taki gust.

– No ja też nic na to nie poradzę. Kobieta skinęła bez słowa głową i czym prędzej wyszła.

Grażyna w takich chwilach próbowała przepraszać, ale słowa grzęzły jej w gardle. Nie chciała być wredną, złośliwą babą, ale powoli, nieuchronnie taką się stawała.

Złapała tylko smutne spojrzenie Romana, który właśnie przyklejał jakiś plakat na ścianę w poczekalni. Zamknęła drzwi. Chociaż dotrwałam do wieczora, dobre i to, zastanowiła się. Co ona do cholery robi? I dlaczego? Jak wielu na świecie jest weterynarzy, którzy nienawidzą swojego fachu?

Gdyby siedzący w samochodzie taksówkarz spojrzał znad gazety na ulicę, zobaczyłby sunącego niczym pocisk srebrzystego Opla. Zobaczyłby przez ułamek sekundy skupionego kierowcę. Zobaczyłby jego smutną twarz. Zobaczyłby, jak twarz kierowcy rozświetla błysk nadziei. Zobaczyłby coś, co mogłoby być lekkim uśmiechem. Ale kierowca taksówki nie mógł tego zobaczyć. Jego postój był przy zupełnie innej ulicy.

Tomasz wreszcie ruszył. Przeciął tory tramwajowe, minął przejście dla pieszych i dodał gazu. Do uliczki, przy której mieszkał była przed nim tylko kilkusetmetrowa prosta. Gdzieś tam, po drugiej stronie czekają jego syn i żona. Mijając pawilon handlowy jechał już ponad pięćdziesiąt na godzinę.

Gdyby idący chodnikiem starszy, zamyślony elegancki mężczyzna w płaszczu spojrzał przed siebie, zobaczyłby w oddali, jak nagle, wraz z przeraźliwym piskiem opon srebrny Opel staje w poprzek jezdni. Zobaczyłby zamarłe sylwetki ludzi patrzących na ulicę. Zobaczyłby wbiegającą na jezdnie kobietę. Zobaczyłby jak łatwo zmienia się Świat. Zobaczyłby i zastanowił, co też Pan Bóg względem tych ludzi zamierza... Jednak mężczyzna nie zastanowił się. Nie widział. Nie mógł widzieć, gdyż szedł zupełnie inną ulicą.

Z okna nie wyglądało to wcale groźnie. Ale krew na asfalcie nie budziła wątpliwości. Kierowca samochodu długo nie wysiadał. Mimo, że wypadek wyglądał na lekki, starsza kobieta podeszła do leżącego na stoliku telefonu i wystukała numer pogotowia ratunkowego.

Przed chwilą widziała w jego oczach, jak uchodzi z człowieka część życia, część energii, która popycha nas do działania. Znała go z widzenia i bardzo mu współczuła. Był bardzo słaby, a przysięgłaby że parę minut wcześniej, kiedy minął ją na chodniku wyglądał silnie i zdecydowanie. Pomyślała, że mężczyźni są jak wzburzone fale – łatwo je złamać. A kobiety...

Gdyby sprzedawczyni w kiosku na rogu wyjrzała przez uchylone okienko, zobaczyłaby stojącego w poprzek jezdni srebrnego Opla. Zobaczyłaby niebieskie światła karetki. Zobaczyłaby stojącego w towarzystwie sanitariuszy mężczyznę. Zobaczyłaby, że już po wszystkim. Ale kobieta nie widziała tego. Kiosk był dzisiaj zamknięty.

Rafał Bryll