ludzie sztuka myśli archiwum

Z BOŻĄ POMOCA I W PROMOCJI...

Nie żyjemy w czasach łaskawych dla poszukiwaczy metafizyki, Boga i Absolutu. Jak powiedział jeden z bohaterów „Pogody na jutro”: Oleńka wierzy w szmal, Kinga w czat, a ja w listę wyborczą nr 6, i to być może jest najwierniejszy opis rzeczywistości – świata sklepikarzy i fryzjerek, najedzonych i zadowolonych. A jeśli już uda się nam spotkać współczesnych don Kichotów, rozbitków bez ziemi, są oni zawsze, bez wyjątku, daleko od miejsc, które dawniej wydawały się być bramami do innych, nadrzędnych światów. Co zatem ze strażnikami owych opuszczonych miejsc? Co z tymi, którzy przez wieki prowadzili nas i uczyli sztuki życia i sztuki umierania? Nie doczekaliśmy się w kinie polskim dzieła na miarę „Pamiętnika wiejskiego proboszcza” ani nawet dobrej filmowej biografii, zamiast tego, przy okazji rozmaitych rocznic, serwowane nam są odpustowe dewocjonalia, w których postaci takie, jak Jan Paweł II czy kardynał Wyszyński, przypominają raczej bohaterów komisów niż realne osoby. W pozostałych filmach zaś księża i zakonnicy, z kilkoma wyjątkami, zostali zdeprecjonowani, pozbawieni swojej naczelnej roli bycia łącznikiem z Bogiem. Od wielu lat kino pokazuje ich jako… ludzi – omylnych, przerażonych, często błądzących lub po prostu podłych. Taki jest ksiądz z „Weisera”, łamiący przysięgę spowiedzi i zdradzający tajemnice ludzi, którzy mu zaufali. Taki też jest ksiądz w „Weselu” Wojciecha Smarzowskiego.

„Weselu” warto się przyjrzeć uważniej, z pozoru jest to film o podwójnej moralności, wskazują na to zachowania niemal wszystkich bohaterów, zwłaszcza księdza, który napominając z ambony, by nie gonić jedynie za dobrami materialnymi, jednocześnie jest paserem kradzionych przez jego szwagra samochodów. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się tej postaci, z przerażeniem odkrywamy, że rządzi nią jedna naczelna zasada. Zachowanie księdza nie jest związane z przybieraniem jakiejś maski lub zdejmowaniem jej; człowiek nauczający dogmatów wiary i człowiek pośredniczący w nielegalnych interesach są tą samą osobą. Osobą, która wyznaje jedną wiarę – dobro własne. Jego zachowanie jest powszechnie akceptowane przez wszystkich członków społeczeństwa, wiara jego bowiem jest jednocześnie wiarą wszystkich ludzi. W życiu chodzi o to, żeby umieć kombinować, oto jedenaste przykazanie. Bóg, rodzina, ojcowizna – to, co do tej pory miało wymiar magiczno-sakralny zostało sprowadzone do ordynarnej pragmatyki:

Ojciec – (…) jest kłopot z tą ziemią, wie ksiądz, z tą, co się na Bajdy jedzie. Dziadkowi się odwidziało. Ksiądz wie, ja mam dużo ziemi, lepszej, dam mu trzy hektary zamiast tamtych dwóch. No niech ksiądz pogada ze szwagrem, żeby się zamienił.
Ksiądz – Nieładnie, nieładnie, to ja tutaj za Wiesława poręczenie daję, a Wiesław nie chce dotrzymać umowy. Niehonorowo.
Ojciec – Na kościół dołożę.
Ksiądz – To i dobrze Wiesław zrobi, dach przecieka, kaloryfery trzeba założyć. Na dwa tysiące wycenili remont.
Ojciec – A za tysiąc by nie zrobił?
Ksiądz – Mhm, z Bożą pomocą i w promocji… za tysiąc. I za pięćset, dadzą radę. Porozmawiam ze szwagrem.

Kluczem do mentalności bohaterów jest kontekst słowa „honor” – jak daleko musiała zabrnąć semantyka, by oznaczało ono przekupstwo i lichwiarstwo? Rozmowa ta wydaje się być dialogiem z filmem zupełnie innego gatunku. W „U Pana Boga za piecem” Jacka Bromskiego pojawia się analogiczna scena, proboszcz w ramach pokuty zadaje naprawę dachu kościoła. Czy to się godzi? – pyta, pełen wątpliwości, Najświętszej Panienki. A jednak między księdzem Bromskiego, a księdzem z „Wesela” istnieje przepaść nie do przebycia. Metody mają podobne, kombinują (ukochana czynność Polaków, więc czemu nie księży?), aby jak najwięcej uszczknąć na kościół, aby jak najtańszym kosztem załatwić jak najwięcej spraw.

Gdzie zatem tkwi różnica? Ksiądz Bromskiego nigdy nie posuwa się do krzywdzenia innych, wszystko, co robi, robi dla dobra swoich wiernych. Nie jest wolny od wad i śmiesznostek, najbardziej kłopotliwą i zbuntowaną kurę nazywa Wasylisa, od imienia miejscowego popa, ale nie można odmówić mu dobrej woli. Jego rola w życiu miasteczka jest ogromna, zresztą sam się uważa za najważniejszego: – Pamiętaj, najpierw Pan Bóg, potem ja, a dopiero potem reszta. I rzeczywiście, rządzi miasteczkiem, jak małym państwem, dbając, jak dobry pasterz, aby nikomu nie stała się krzywda. Jego metody bywają dosyć brutalne; żeby pomóc lokalnemu inwestorowi, który cały majątek utopił w „pagerach”, zmusza wiernych do zakupu ich po spowiedzi, pod pretekstem przypominania o odbyciu pokuty. Bywa małostkowy i nie potrafi ukryć niechęci do wspomnianego już popa, jego zasady czasem trącają myszką, a grzech pychy kładzie się cieniem na jego postaci. Z drugiej strony, kiedy młodziutki organista chce się ożenić z prawosławną Ukrainką, potrafi odsunąć własne uprzedzenia (zarówno do prawosławia, jak i Ukraińców) i poprosić popa o zgodę na ślub. Jego niechęć do innych, „obcych”, wypływa z niczym nie zachwianego przekonania, że miejsce, w którym żyje, jest najlepszym na świecie. To nie my potrzebujemy świata – mówi – to już raczej on nas potrzebuje. I w dużej mierze ma rację, jego maleńka ojczyzna, choć pełna kłopotów, przestępstw i kłamstw, istnieje sobie na marginesie rzeczywistości, doskonale wpisana w pierwotne cykle przyrody i obrządków religijnych. To, co w „Weselu” ukazane jest jako samo jądro ciemności, polskie piekiełko, tu jawi się jako oaza, współczesna Arkadia, gdzie dobry pasterz pilnie dogląda swej rozbrykanej trzódki. I nie sądzę doprawdy, żeby widział on różnice między ludźmi, a zbuntowaną Wasylisą – wszystko to stworzonka boże, które naprowadzić trzeba na słuszną drogę.

Gdzie w tym wszystkim miejsce na wiarę? Otóż nie ma. Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że „Bóg umarł”, taki plagiat to barbarzyństwo. Nie chcę także udowadniać, że księża nie wierzą, bo sam przykład „U Pana Boga za piecem” zadaje temu kłam. Bóg jednak zmalał, nie mamy już do czynienia z wielką, karzącą siłą w iście starotestamentowym wydaniu, nie mamy nawet Boga wyrozumiałego i sprawiedliwego. Bóg naszych bohaterów skrojony jest na miarę dzisiejszych czasów, podejrzanie ludzki, aż nazbyt łatwo wydaje się iść na przeróżne układy. Przypomina raczej bożka, któremu w „Cudownych miejscach” zostawiane są pod drzewami pieczone ziemniaki, aby zaskarbić sobie jego przychylność. Czasem zniecierpliwiony naszą niewiarą pokazuje swoje oblicze i próbuje przywrócić szacunek do siebie, a że tłum jarmarczny i rzeczywistość raczej karnawałowa, uczynić to może na jeden tylko sposób – poprzez cuda.

Pierwotna wiara, a i współczesna w niewiele mniejszym stopniu, była mocno steatralizowana, w pewnym sensie opiera się ona na swoistym spektaklu, umacniającym wiernych we wspólnocie i w wierze, czy też rytualnie tę wiarę odnawiającym. Nic dziwnego więc, że w „Cudownych miejscach” Jana Jakuba Kolskiego dzieją się rzeczy fantastyczne, figury świętych same się przesuwają, niezbyt moralne kobiety doznają stygmatów (wpisując się tym samym w odwieczny mit o świętej dziwce), a rany ich leczy cudowna woda z pobliskiej sadzawki. Z tym wszystkim zmierzyć się musi dwu księży, Młody, z sąsiedniej parafii, który dopiero co przyjechał z wielkiego miasta, i Andrzej, proboszcz parafii, gdzie dzieją się opisane wyżej cuda. Relacje między obydwoma od momentu ich pierwszego spotkania wpisują się w schemat uczeń-mistrz, jednak są one mocno zachwiane, wbrew temu, czego można by się spodziewać, to Młody jest gorliwy w swej wierze, Andrzej nawet nie próbuje ukrywać, że w swoją dawno zwątpił. Choć cały film jest godny szczegółowego opisania, przesycony wielokrotnie niełatwą symboliką, podkreślaną przez zachowania bohaterów, zwłaszcza obu księży, chciałabym się skupić jedynie na postaci księdza Andrzeja. Jest on, moim zdaniem, jedną z najciekawszych postaci we współczesnym polskim kinie. W pewnym stopniu przypomina księdza z filmu Bromskiego – tak, jak tamten, żyje w maleńkiej osadzie, praktycznie pozbawionej łączności ze światem, i stanowi on w niej jedyne prawo. Z pozoru ma nieograniczoną władzę nad wier nymi. Zresztą, tak samo ucieka się czasem do przemocy, z rękoczynami włącznie. I tu już koniec podobieństw, bo w tej wiosce niedaleko Popielaw, jego władza jest tylko nominalna. Zapewne, jak Młody, był kiedyś pełen dobrej woli i zapału, po latach posługi duszpasterskiej jest zdruzgotanym duchowo człowiekiem. Wie doskonale, że cały jego wysiłek idzie na marne, że jest bezsilny wobec natury ludzkiej, że może w swojej bezsilności tylko grozić: już ja cię wyspowiadam. Dlatego też, gdy Młody w zachwycie przygląda się obróconej figurze i szepce: jak ja ci tego zazdroszczę, z politowaniem wzrusza ramionami i odchodzi. Nie chce cudów, bo są one czczymi sztuczkami – nie z powodu słabości Boga, ale ułomności i ślepoty ludzi. Żadne stygmaty, ani żadna spowiedź święta nie potrafią zapobiec kazirodztwu, pijaństwu, braku tego, co dawniej nazywano miłością bliźniego. Zresztą, Bóg chyba widzi swoją słabość, bo autoironicznie sprawia, że figura wskazuje nie na dom pustelnika, jak uważano, ale na stojącą opodal sławojkę. Komentarz aż nazbyt dosadny. Jarmarczne poczucie humoru Boga i poczucie absolutnego bezsensu swojej pracy nie znieczulają księdza Andrzeja na świat. Broni się przed nim, bo nie chce brać odpowiedzialności za całe zło, ostatecznie jednak przyjmuje narzuconą mu rolę. Jak ostatni romantyk walczy, chociaż pewny jest przegranej, świadomy własnej klęski, staje po stronie słabych.

To, co zastanawia, to fakt, że wszystkie współczesne filmy, których bohaterami są osoby duchowne, dzieją się na prowincji. Brak ich w wielkomiejskich pejzażach, czy dlatego, że jakiekolwiek przejawy życia religijnego, choćby ułomnego, zdają się nie pasować do blokowisk i biurowców? Czy może dlatego, że filmy te dążą do jakiejś uniwersalizacji, którą łatwiej odnaleźć jest w przestrzeni związanej z tym, co pierwotne, a więc naturalne i duchowe jednocześnie? Kiedy próbuję przypomnieć sobie „miejski” film o tej tematyce, przychodzi mi na myśl tylko wspomniana na samym początku „Pogoda na jutro” Jerzego Stuhra. Nie może ona niestety stanowić przykładu, bohater, tym razem zakonnik, wybiera życie zakonne, bo świat go rozczarował, jego decyzja nie wywodzi się z wiary, ale z samotności i… moralności, na deficyt której cierpimy. Poszukuje jasnych zasad i nie ma dla niego znaczenia, czy są to zasady klasztoru, czy ruchu krysznowców, wystarcza mu, że opierają się na dobroci i miłości, a przede wszystkim na spokoju.

Pisząc o księżach warto jeszcze nadmienić o jednej postaci; jest nią ksiądz z „Głośniej od bomb” Przemysława Wojcieszka. W wojnie jaka się toczy o dusze młodych bohaterów, staje on jednoznacznie po ich stronie. Jego obecność, ba, cała jego postać, podkreśla oderwanie ich od wartości wyznawanych przez rodziców, równocześnie pomaga im pogodzić się z tym, kim są i z miejscem, w jakim żyją. Spotkania z nim, rozmowy i rozpijanie przy dźwiękach rocka, to znak, że można nie poddać się beznadziei małych miasteczek, przezwyciężyć ich bezwład, nie uciekając od nich. Ksiądz w glanach, to ksiądz, który uczy, że zasady wiary i moralności muszą być naturalne, że nie należy rezygnować z marzeń, że można być sobą i można być szczęśliwym wszędzie i w każdych okolicznościach. Uczy, że to, czy jest nam jak „U Pana Boga za piecem” zależy tylko od nas.

Jak napisałam we wstępie, nie żyjemy w czasach łaskawych dla poszukiwaczy metafizyki i Absolutu. Nie znajdujemy ich nigdzie, a więc i w kinie. Rozpoczynając ten temat przekonana byłam, że uda się mi zaprzeczyć własnym tezom i udowodnić, że można jeszcze odnaleźć księży, będących mistycznymi pośrednikami między Niebem a ziemią. Niestety, albo nasza wiara jest zbyt mała, albo Bóg rzeczywiście skarlał do rozmiarów opiekuńczego skrzata, z którym można pertraktować. A może istnieje, w glorii, tylko zabrakło tych, którzy mieli nas do niego zbliżyć. Sądząc po filmach, a są one przecież jednym z najczulszych barometrów, księża gdzieś zniknęli, zamiast nich mamy ludzi w sutannach, pełnych wiary lub złamanych poczuciem samotności i bezradności, ale zawsze zwróconych na sprawy ziemskie. Utracony kontakt z Bogiem owocuje dwojako, podpisują cyrograf lub z mozołem starają się budować Raj na ziemi. W przygranicznych mieścinach, śląskich osadach i wszystkich innych cudownych miejscach.

Aneta Moleda