ludzie sztuka myśli archiwum

PRÓBUJĘ SIĘ PRZEBRAĆ ZA NORMALNĄ KOBIETĘ...

opresja piękna Joanny Bator

„Wciągam sobie przed lustrem brzuch, oglądam wystawy w pięknych sklepach, zastanawiam się jak one to robią, że mają zawsze nieskazitelnie czyste białe spodnie, że na bluzce nie ma żadnych zgnieceń, że mają takie paznokcie pomalowane w obrazki, że ich nogi są wydepilowane i ani śladu tłuszczu na brzuchach, że nawet jak siadają, to nic im się nie zwija, nic im się nie fałduje. A ja oszukuję, że mi się nie fałduje, a one się śmieją ze mnie z okładek i z gazet, bo mój brzuch nie jest wcale wklęsły i idealnie twardy. Bo ja mam paznokcie obgryzione i włosy nierówno przycięte nożyczkami w wannie, a one do mnie piszą: schudnij tego lata, jesteś tego warta, zadbaj o włosy, bądź piękna dla niego. A mi lakier za linie wychodził, jak kiedyś spróbowałam (…). A one mają plastry antykoncepcyjne, wystają im spod biodrówek, spod staników, spod stringów. Mają cerę nieskazitelnie jednakowej barwy. Mają sny czyste i bez plam. Sny wyprane uprzednio w proszku z mikrogranulkami…”

Wszechobecna cielesność, cielesność zmieniona przez komputerowe programy staje się wyznacznikiem pewnej normy. Normy piękna. W zacytowanym fragmencie powieści Marty Dzido „Małż” odbija się całe przerażenie bohaterki wszechobecnymi wizerunkami, niedoścignionymi realizacjami piękna. Odcina się od nich, jak od całego konsumpcyjnego modelu życia. Wycofuje się więc, odpowiedzią staje się ucieczka.

Opresja piękna, opresja szczęśliwości, opresja młodości. Nieosiągalny ideał kreowany przez media frapuje socjologów, martwi psychologów, którym przybywa pacjentek borykających się z zaburzeniami odżywiania. Skomplikowane problemy – proste diagnozy, konstatacje: utyskiwanie na „dzisiejsze czasy”. Jednak wygląd, niedościgniony ideał piękna nie daje się sprowadzić do konsumpcyjnego modelu życia, presji mediów czy upadku duchowych wartości.

„Nie znajdziesz mnie pod tysiącem nadanych mi imion. Kobieta jest taka i taka mówisz Pisarzu, Krytyku i ty, Strażniczko Słuszności Sprawy (…). Piszę kpiąc z wpatrzonych we mnie oczu. Tak, to ja i to też ja, i już jestem gdzie indziej, wymykam się, na palcach, na boso, na wysokich obcasach”.

Ten fragment powieści „Kobieta” autorstwa Joanny Bator widnieje na ostatniej stronie okładki. Zwykle tam zamieszczana jest esencja treści, która ma przyciągnąć, zaintrygować potencjalnych czytelników. Tu uwidoczniona została przede wszystkim zapowiedź gry z utartymi sposobami definiowania tytułowej Kobiety, jak również bardzo mocne podkreślenie indywidualności narratorki/bohaterki.

„Kobieta” – współczesna opowieść wypowiadana ustami inteligentnej trzydziestolatki. Schemat, tak bardzo popularny w ostatnich czasach, pod piórem Joanny Bator staje się pretekstem do przekroczenia formuły znanej chociażby z „Dziennika Bridget Jones”. Autorka bawi się konwencjami, wykorzystując wątki autobiograficzne, przede wszystkim zaś tworząc nowe sposoby wypowiedzi, tekstu nie-ciągłego, tekstu-kolażu, którego elementami mogą być zarówno filozoficzne myśli, jak również reklamowe slogany – i jedne, i drugie mówią bowiem o tym samym: o kulturze, a w szczególności o miejscu, które wyznacza ona kobiecie. Bo też o owym miejscu, jego wyznacznikach i ograniczeniach tytułowa bohaterka wie bardzo dużo, a z wiedzą tą się nie kryje.

Książkę można nazwać erudycyjną: bogato inkrustowana cytatami, roi się od wybitnych nazwisk, odwołań do koncepcji zmieniających sposób postrzegania świata, nawiązań naukowych, historycznych i artystycznych: malarskich i muzycznych. W tę obfitość zostaje wpleciona konkretna jednostka, jej charakterystyka. Trudno powiedzieć bowiem, że chodzi tu o wypowiedzenie historii, jako sekwencji zdarzeń.

Już w tytule postawione zostaje zadanie wypełnienia treścią pojęcia ogromnie wieloznacznego. Świadoma tego trudu autorka od początku i konsekwentnie przedstawia bardzo konkretną kobietę, a przecież nie używa jej imienia, i w niej zawiera wszystko, co może nieść ze sobą to słowo. Jest więc relacja miłosna (kobieta w relacji z mężczyzną), relacja z matką, relacja siostrzana, relacja macierzyńska oraz zamykająca wszystko klamra: relacja z kulturowymi rolami wyznaczonymi kobiecie.

Jedną z tych ról jest kobiecość, rozumiana jako potrzeba upiększenia – „płeć piękna” mówi się eufemistycznie, kiedy nie chce się użyć równie znanego „słaba płeć”. W tej powieści kobiecość bardzo często przedstawiona zostaje jako konstrukt, tak jak okładka magazynu jest dziełem komputerowej grafiki, tak kolejne wizerunki głównej bohaterki są jej kreacjami. Widać to zwłaszcza w dystansujących narratorkę i bohaterkę opisach: „Od południa próbuję się przebrać za normalną kobietę. (…) Z czarnej sukienki, piersi, bioder i nóg udaje mi się sklecić coś, co wzbudza moją aprobatę z większości stron. Domalowuję temu rzęsy maskarą podkręcająco- wydłużającą. Oraz usta, pomadką z optycznym uwypuklaczem i lipidowym nawilżaczem. Jedne włosy wiją się jak trzeba, drugie, pięknie przycięte w paseczek, nie wystają spod koronki stringów”. „Nie wzięłam czapki oczywiście (…) Oczywiście. Sprawdzam w lusterku swoją dzisiejszą twarz. Twarz kochanki. Łasej pieszczot jak kot. Jest na miejscu. Znajomy taksówkarz potwierdza jej obecność bezpretensjonalnym zachwytem”.

Te opisy są kontynuacją wyznania poczynionego już na samym początku: „Powiedzmy więc, że się zgadzam. Zawieram z Innym pakt wyobraźni, którego nie mogę negocjować. On ustanowił reguły, a ja podpisuję zawieszenie broni w wojnie, która od początku była przegrana. (…) Daję się porwać słowom jego namiętności. (…) Wchodzę do środka. Ustawione naprzeciw drzwi lustro odbija pustkę narzuconych mi wizerunków. Wierzę im bez zastrzeżeń...”

Ta forma: konstruowania siebie, stwarzania wizerunku, przebierania czy miejscami wręcz uprzedmiotowienia, sprowadzenia siebie/ciała do roli kukły, wiąże się z wykorzystaną przez Joannę Bator w budowaniu bohaterki, figurą melancholii. Z nią w ścisłym związku pozostają motywy: patrzenia i lustra. Kobieta jest obiektem, na który się patrzy lub sama patrzy na siebie. Nieustannie znajduje się przed lustrem, podlega ocenie innych bądź swojej własnej. Bohaterka powieści stale przegląda się. Robi to świadomie, analizuje fenomen lustra, patrzenia na siebie. W wielu miejscach jednak lustro okazuje się pułapką – przyczyną melancholii, czyli tęsknotą za tym, co nieosiągalne, czyli własnym odbiciem.

Z jednej strony więc melancholia, z drugiej jednak aż nazbyt widoczne jest uprzedmiotowienie własnego ciała zawsze w związku z relacją męsko-damską. Tworzenie „pięknej kobiety idealnej” odbywa się zawsze wtedy, gdy ma nastąpić skonfrontowanie „produktu” z męskim wyobrażeniem o nim. Pielęgnacyjne zabiegi, starannie dobrany strój nie jest niezbędny, gdy bohaterka wybiera się na urodziny przyjaciela, który jest gejem. Tam, co prawda również czuje się przebrana, ale jakże inny rodzaj jest tego przebrania, jakże inne samopoczucie. Wychodząc z założenia, że przecież główna bohaterka obdarzona wiedzą i doświadczeniem wszystkie czynności związane z wyglądem wykonuje z dystansem, niekiedy wręcz autoironią, nie może być mowy o jakimkolwiek przymusie – jest tylko świadomy wybór. Może zaakceptować, bawić się tym, co daje jej kultura. Nie jest przywołaną w wielu miejscach powieści małą Chinką, której matka okalecza stopy, by osiągnęła ideał piękna. Ona sama przecież czerpie tyle radości z wszystkich „kobiecych” zabiegów. Są wszakże dla kobiet, dla ich przyjemności: dlaczego więc ma z nich nie korzystać?

Główna bohaterka owszem korzysta, lecz nie jest to przyjemność czy zabawa. Nie jest to również wykorzystywanie pewnych narzędzi do autokreacji, gdyż przed tą autokreacją nie ma ucieczki – nie ma alternatywy, zatem nie jest to wybór, nie może być mowy o decyzji - jeśli chce pozostać „piękną kobietą”.

„Patrzę potem na siebie w łazienkowym lustrze tak, jak robię to zawsze. „Po dwudziestym piątym roku życia zintensyfikowany proces starzenia się komórek wymaga od kobiety specjalnych zabiegów pielęgnacyjnych”, przeczytałam przy śniadaniu. (…) A więc to ciało, które widzę, do którego czasem mam setki zastrzeżeń i pretensji, a czasem, przyznajmy, bezgraniczny podziw, podlega od paru lat „zintensyfikowanemu procesowi starzenia”.

Nie tylko więc uroda, ale i młodość wymaga szczególnej troski. Młodość pojęta nie jako sprawność organizmu, ale rys. Monika Klatka jego estetyka. Lęk przed starością obnażony zostaje w rozmowie z przyjaciółką, Bubą, która przerażona i bezsilna kontrastuje starość kobiecą ze starością męską. Według jej słów, a nade wszystko według słów „ekspertów od kosmetyków” krążących w białych kitlach po sterylnych laboratoriach z reklam, ta pierwsza zaczyna się po trzydziestce.

„Trzydziestoletni mężczyzna jest piękny”, podnosi głos (…) „a kobieta trzydziestoletnia przez rok po swoich urodzinach nie wierzy, że to już naprawdę się stało. (…) Jej zegar biologiczny zmienia się wówczas, jak mówi Ada, w zegar z kukułką powtarzającą co pół godziny jedno z tysiąca społecznych oczekiwań. Bądź młoda. Niepomarszczona. Szczupła. (…) Już wyraźnie czuję jak moje trzydziestoletnie ciało coraz bardziej wyobcowuje się z mojego wyobrażenia o nim…”

Nie ma tu miejsca na akceptację, afirmację własnej kobiecości takiej, jaką ona jest. Jest wyobrażenie o ciele i sprzeczne z nim zmiany. Zmiany, z którymi trzeba walczyć, a do walki tej kobiety przygotowywane są już od dzieciństwa.

Znamienne jest pojawianie się wątku cielesności w kontekście urody (starania czy wręcz walki o nią) we wszystkich wymienionych wyżej relacjach, w których ukazana została bohaterka. Role psychiczne zawsze łączą się z kostiumem jasno określonym, bez odstępstw. Na kwestię wyglądu uwaga zostaje zwrócona również w opisie relacji z matką. Ubranie pojawia się tu jako kostium, a również manifestacja buntu. W opozycji do matki ubranej w zwiewne suknie i biżuterię, bohaterka zakłada spodnie.

Inne kobiety: przyjaciółki, matka, ciotka, wszystkie też zostają opisane przez pryzmat wyglądu. W przypadku ciotki Mili to wygląd z jednej strony uosabiający siłę, z drugiej zaś projekcja lęku i wstrętu wobec ciała starego, jego fizjologii. Matka to ucieleśnienie tajemniczej, niezgłębionej kobiecości, z którą łączność bohaterka próbuje nawiązać. Wspomnienie buntu wobec niej zostaje wyparte przez powielenie takiego wzorca.

„Wariatki w obitych różowym aksamitem celach bez klamek. Ostatnie krzyki mody zagłuszają nasze słowa. Ciała jak kawałki plasteliny dają się kształtować zgodnie z wolą dyktatorów. (…) Tożsamość przeniesiona na powierzchnie, skóry podlega ciągłym krawieckim przeróbkom. Szmaciana lalka-dziewczynka (…). Gotowa do wyszywania charakteru. Ciało/tożsamość wystawione na pokaz. Suche, czyste, gładkie. W okulocentrycznej logice kobieta nie ma niczego, czego nie można by zobaczyć. Speculum mundi. Speculum na ginekologicznym fotelu. W Afryce usuwają kobietom clitoris. Na cywilizowanym Zachodzie tylko duszę…”

Gorzka wypowiedź nie odbiega od fabularnych części książki. Tak jak Buba i główna bohaterka nie godzi się na starość, a pielęgnacja mająca opóźnić jej nadejście wcale nie jest zestawem uroczych, przyjemnych czynności niezależnie od tego, czy są wykonywane przed spotkaniem z kochankiem, czy „tylko” podczas wieczornej toalety.

„Na specjalne zabiegi jest już dziś za późno, a więc wykonuję tylko te rutynowe (dwa kremy do twarzy, krem na biust, inny na biodra i uda, dłonie oraz stopy i balsam o zapachu zielonej herbaty na to, co zostało) maluję sobie jeszcze usta…”

Oprócz takiego wyrażonego wprost zniechęcenia, zadeklarowania troski o ciało jako działania rutynowego i wynikającego z wewnętrznego/zewnętrznego przymusu, znaczący jest stosunek głównej bohaterki do jedzenia. O ile dobór odpowiedniego stroju, nałożenie makijażu czy inne czynności pielęgnacyjne zakładają swoisty rodzaj aktywności, o tyle uwaga skierowana bezpośrednio na zachowanie szczupłej sylwetki opiera się przede wszystkim na ograniczeniu, wyrzeczeniu, powstrzymaniu apetytu, będącego wszakże sygnałem od ciała, nad którym dość trudno zapanować psychice. Jedzenie nie jest neutralne – może być ono źródłem przyjemności, jak np. w momentach wspólnego gotowania czy to z ciotką Milą czy Bubą, lecz częściej pojawia się w negatywnych konotacjach. Stosunek do świata wyraźnie przekłada się na stosunek do jedzenia. Momenty wycofania objawiają się fizycznie poprzez odrzucenie jedzenia. Ale też pojawia się ono w sytuacjach samokontroli, chęci realizowania „oczekiwania społecznego”, wyartykułowanego przez Bubę – „Bądź szczupła”. Przez cały tekst powieści pojawiają się wzmianki o dietetycznych śniadaniach złożonych z jogurtu i banana bądź bardziej radykalnych środkach mających zapewnić pożądaną sylwetkę.

„… zrobię sobie imbirowej herbaty z miodem, postanawiam i wstaję od biurka. A może kawy? Albo dziurawca sobie zaparzę, bo żrę ostatnio zbyt dużo. „Nie żryj za dużo i nie rzygaj po nocach”, zwrot, którego Witkacy użył w liście do jakiejś kobiety od lat służy mi i Adzie jako formułka pożegnalna zamieszczana na końcu zamiast „serdecznych pozdrowień” (…). Ale wcale nie mam ochoty na dziurawca...”

Zachowaniu głównej bohaterki skierowanemu na kształtowanie swojego wizerunku w najbardziej materialnym wymiarze trudno na pierwszy rzut oka zarzucić wzorowanie się na ikonach z okładek magazynów. Nie wyczuwa się prosto pojętej opresji ze strony medialnych wizerunków. Nie jest również owo zachowanie naznaczone ślepym dążeniem do osiągnięcia jakiegoś ideału. Postać bowiem zbudowana jest bardzo konsekwentnie i właśnie przez to wymowa jest jeszcze bardziej dobitna. Wizerunek, ideał nosi niejako w sobie, lecz przyglądając mu się uważniej, bez trudu można odnaleźć w nim wszystkie elementy współczesnego kanonu piękna: poczynając od szczupłej sylwetki, a kończąc na intymnej fryzurze. Kultura Zachodu w bardzo agresywny sposób domaga się spełnienia fizycznych wyznaczników piękna. Kładzie na nie ogromny nacisk. Funkcjonowanie w niej jest do bólu cielesne i zmysłowe, zaś ze wszystkich zmysłów najbardziej istotnym jest wzrok. Opresja piękna może być wytworem męskich spojrzeń, ukrytego w nich zainteresowania bądź pogardy, lecz wydaje mi się, że jest bardziej uniwersalna. Wszyscy nawzajem patrzymy na siebie, patrzymy oceniająco, a niezgoda na ocenę oznacza pogoń za wyimaginowanym celem - ideałem piękna.

Ewa Kretkowska