ludzie sztuka myśli archiwum

Plac Trzech Krzyży. (fragment)

Plac Trzech Krzyży. Chaos. Arena bitew i spektakli, pozornie tylko bez wodzów i reżysera. Nie był to w Warszawie widok niezwykły. Co raz jakaś niezadowolona grupa zawodowa wykrzykiwała swoje racje już to pod Pałacem Prezydenckim, już to pod którymś z rozsianych po całym centrum miasta ministerstw, przed Sejmem i Senatem albo niedaleką siedzibą rządu. Atrybuty takich wystąpień zmieniały się wraz z rotacją rządzących ekip, charakterem protestu, no i tego, kto protestował. Świńskie łby, którymi rzucano ponad ustawionym przed kancelarią Prezesa Rady Ministrów, policyjnymi płotkami i głowami samych policjantów, malowane były raz czerwoną farbą, innym zaś razem czarną. W okna i policję leciały metalowe śruby, potrzebne do budowy statków i przy wydobyciu węgla. Zwierzęce odpadki, kości, wcale nie zgniłe ziemniaki, ziarna zbóż, jajka czy pomidory, które potem często dokładnie zbierano, nim zdążyły to uczynić odpowiednie służby, niekoniecznie świadczyły o biedzie na wsi, ale już eksplozje petard czy domowej roboty bomb hukowych wymuszały chyba w każdym respekt i potwierdzały stare powiedzenie, że, kto jak kto, ale Polak potrafi.

Palono kukły kolejnych premierów, zanoszono petycje, mówcy chrypli nad tłumem z tubą w ręku bądź bez tuby, a wszyscy jednakowo, ze łzami w oczach śpiewali „szablą odbierzemy”, choć w rękach dzierżyli jedynie trzonki od łopat, puste, plastikowe butelki po napojach. W ustach mieli gwizdki, a w sercach gniew, który w tych rzadkich chwilach, kiedy czuli się mocni jednością, a wróg był wyraźnie określony i nazwany, wreszcie znajdował swoje ujście. Często przy wtórze modlitw niesiono figury Matki Boskiej, niemal naturalnych rozmiarów krucyfiksy czy plastikowe figurynki, przedstawiające kilkutygodniowy płód. Czasem jakaś starowinka podchodziła bliżej, stawała przed kordonem policjantów, którzy patrzyli nieruchomo, gdzieś ponad nią, i próbowała po dobroci: modliła się głośno, przypominała im ich własne babcie czy matki, potem dzieliła się opłatkiem, jeśli był to czas przedświąteczny, kiedy indziej jajeczkiem albo płodami rolnymi z pracowniczej działeczki lub przydomowego ogródka, przez co może i który miękł w sercu, kto wie...

Pielęgniarki ubrane w czas protestu na czarno już samym tym ubiorem wzbudzały grozę, górnicy zaś głosem, bo i jak który rozsierdzony huknął, nie trzeba było już używać trotylu do kruszenia skał i rządów. Ekipy telewizyjne wchodziły w tłum z poświęceniem godnym wojennych korespondentów. Fotoreporterzy trzaskali zdjęcia na pierwsze strony swych dzienników (na wszelki wypadek nie odrywając oczu od aparatu), dziennikarze zaś mlaskali z zachwytem reżysera krwawych horrorów. Wieczorne wiadomości pokazywały przebieg wypadków oraz szkody: popalone, zalane farbą frontony gmachów, wybite szyby, a także straty w ludziach po obu stronach. Minister spraw wewnętrznych odwiedzał w szpitalu rannych policjantów, wzdychając zapewne za dawnym ZOMO, które, niech kto sobie myśli co chce, ale w kaszę sobie dmuchać nie dało.

Tym razem jednak przed ministerstwem na Placu Trzech Krzyży nie zbierali się oszukani robotnicy ani pokrzywdzeni chłopi, ani obrońcy suwerenności czy życia poczętego. Z początku można było odnieść wrażenie, że ludzie ci dopiero co... wyszli z ministerstwa albo z któregoś z licznych w tej okolicy biur. Było już zresztą dobrze po południu, czasie, w którym zwykle odbywały się podobne zgromadzenia. Ale ludzie ci pracowali zwykle do późnych godzin wieczornych, siłą rzeczy czas protestu też musiał być nietypowy. W oczy rzucały się białe i niebieskie kołnierzyki, ciemne garnitury, teczki pod pachami. Stali w kilku niewielkich grupkach, wkrótce zaczęli do nich dołączać następni. Policja przed gmachem rządowym zwarła szeregi, kiedy kolejne wezwanie do rozejścia się zostało odrzucone. Nad tłumem załopotał transparent, ale nie widniało na nim żadne z powszechnie używanych, mniej czy bardziej starannie wykaligrafowanych haseł, tylko kilka cyfr, nic nie mówiących postronnemu obserwatorowi. Po chwili obok zapalił się następny transparent, ale już z inną, może nawet dziesięciocyfrową liczbą. Od tłuszczy oderwała się trzyosobowa grupka, najprawdopodobniej była to delegacja, która miała zadanie zanieść do gmachu ministerstwa listę postulatów. Żegnani brawami i bojowymi okrzykami, przepuszczeni przed kordon policjantów, znikli za drzwiami urzędu.

Mimo nadziei podjęcia rozmów, atmosfera gęstniała. Już któryś z mundurowych stuknął prowokacyjnie długą pałą o wierzch plastikowej tarczy, który to gest i dźwięk niezmiennie towarzyszył pierwszym stadiom bitew oddziałów prewencji z demonstrantami, i to od wczesnych lat osiemdziesiątych. Na to, z drugiej strony, nieśmiało odezwał się dzwonek czyjegoś telefonu komórkowego, lecz nie spowodowało to zniecierpliwienia czy znaczących spojrzeń, które zapewne towarzyszyłyby tego rodzaju wybrykowi na sali sejmowej czy podczas ważnej konferencji. Wręcz przeciwnie: wszyscy drgnęli, jakaś nagła jasność rozlała się po setkach zaciętych i zmęczonych twarzy. Po chwili zadzwonił drugi aparat, po nim trzeci, dziesiąty. Muzyczki z filmowych hitów, tańce, przeboje ostatnich wakacji czy najbardziej pospolite dzwonki zlewały się w jeden przenikliwy, nie kończący się pisk - pieśń protestu. Dołączyły do niej pojedyncze okrzyki, które po krótkim czasie przerodziły się w zbiorowe, rytmiczne skandowanie. W powietrze wystrzeliły zaciśnięte pięści.

– Złodzieje! Złodzieje! - powtarzał falujący i wciąż gęstniejący tłum.
– Sto dziewięć! Sto dziewięć! - odpowiadało echo na placu, a może było odwrotnie.

Tymczasem powróciła delegacja. Miny mieli nietęgie, przecząco kręcili głowami, zerkając jednocześnie za ekipą telewizyjną i kamerą, przed którą mogliby wylać swoje żale. Morze ludzkich głów falowało coraz bardziej wzburzone. Tym razem pojedynczy cień oderwał się od reszty, podszedł szybkim krokiem od policjantów, coś wykrzykiwał, wygrażał pięściami. Nagle dobył z kieszeni jakiś niewielki czarny przedmiot i jął przy nim manipulować. Na to jeden z policjantów, wysoki i szeroki w barach, wystąpił przed szereg, pchnął demonstranta jedną ręką. Tamten poleciał do tyłu, zamachał rozpaczliwie rękami, ale nie przewrócił się. Czarny przedmiot upadł na ziemię, policjant podszedł bliżej, wszorował go obcasem w bruk. Było po kalkulatorze...

Przez tłum przetoczył się pomruk niezadowolenia. Prowodyr znów samotnie ruszył do przodu. Starli się z obrońcą twierdzy, ale nikt nie ruszył żadnemu z nich z odsieczą, co przywodziło na myśl historyczne bitwy, gdzie najpierw mocują się pojedynczy wojownicy, zwani harcownikami. Demonstrant zrzucił marynarkę, ciemne plamy potu rozlały się szeroko na błękicie koszuli. Był o głowę niższy od policjanta, nie miał szans. Ten drugi wyciągnął tylko przed siebie rękę, na którą tamten naparł z impetem. Trachnęła w szwach koszula za pensję pielęgniarki, potężna siła rzuciła mężczyznę o pierwszy szereg swoich. Leżał jak Reytan, z nienaturalnie odchyloną głową, rzężąc cicho. Trzaskały nad nim flesze aparatów; któryś w fotoreporterów poprosił, by obrócił się na drugi bok, co tamten wykonał z ochotą i nadspodziewanie szybko, poprawiając przy tym dyskretnie włosy.

– A jednak ruszyli się i oni – pokiwał ze zrozumieniem łysą głową jakiś staruszek opierający się na lasce, przygodny obserwator wydarzeń.
– Każdy by się ruszył na ich miejscu – dodała otyła kobiecina z wypiekami na twarzy, ubrana grubo i przypadkowo.
– A gdyby tak pan nagle nie miał za co z dzieckiem na wakacje do Hiszpanii czy na tę inną Majorkę pojechać?

Popatrzyli na siebie przeciągle, jakby z porozumieniem i więcej już żadne się nie odezwało. Dziadka zresztą złapał nagły atak kaszlu, kobieta zaś nie wiadomo dlaczego zrobiła obrażoną minę.

Tłum zaczął niechybnie przesuwać się do przodu. W stronę bastylii poleciały ciemne przedmioty, które okazały się telefonami komórkowymi. Któryś jeszcze brzęczał rozpaczliwie. Pierwszy szereg demonstrantów starł się z murem obrońców z głuchym jękiem. Wydobyli zza marynarek jakieś podłużne przedmioty. Były to klawiatury komputerów, trzymali je oburącz i walili na oślep. Całe garście klawiszy sypały się na ziemię jak wypluwane zęby. Poniewierano nabitą na długi drąg kukłą premiera, której ktoś uprzednio pieczołowicie poprawił węzeł krawata. Gdzieś z tyłu rozpalono ogniska, lecz nie były to płonące opony, lecz skoroszyty, całe góry kartonowych teczek, z których płomień przybierał różne kolory. W powietrzu błysnęły lecące w stronę frontonu gmachu niewielkie puszki po napojach energetyzujących. Upadły tuż przed Ścianą budynku, z wnętrza wylała się płonąca ciecz.

– Gestapo! Gestapo! – powtarzał mimo wszystko rozproszony tłum.
– Tysiąc sto! Tysiąc sto! – odpowiadało pracowicie echo na placu, a może było odwrotnie.

Bitwa trwała na całego. Gdzieś na stronie zakuwano już w kajdanki co bardziej krewkich demonstrantów, po drugiej stronie zaś krępowano jakiegoś zabłąkanego funkcjonariusza żakardowym krawatem. W końcu siły prewencji użyły armatek wodnych, zamontowanych na dachach wozów opancerzonych. Tłum rozproszył się na boki, na środku placu boju pozostał tylko jeden z demonstrantów i to na niego skierował się jeden ze strumieni. Stał twardo, lekko tylko pochylony, choć siła rażenia była rzeczywiście duża. W pewnej chwili leniwym ruchem zrzucił z siebie śnieżnobiałą koszulę, wyciągnął z kieszeni spodni płaskie pudełko w kolorze morskiej zieleni, otworzył je i z lubością zaczął nacierać sobie ciało pieniącym się płynem do kąpieli...

Na koniec nad placem rozścieliły się gazy łzawiące. Niedobitki demonstrantów, zupełnie już zdezorientowanych, zaczęły miotać się jak dzieci we mgle. Policja zaciskała wokół największej grupki żelazny pierścień. Nagle jeden z osaczonych schylił się, wyłuskał z nogawki spodni podłużny przedmiot, uniósł go w wyciągniętej ręce. Spojrzeli z przerażeniem, jedni i drudzy. Nacisnął spust. Płyn do mycia okien, który pozostawia czyszczone szyby bez smug, teraz zrobił wyłom w kordonie policji, przez który udało się wymknąć kilku demonstrantom.

Bitwa była skończona. Karetki pogotowia zabierały z placu boju rannych i poturbowanych. Kamerzysta prywatnej telewizji robił długie, panoramiczne ujęcie.

Krzysztof Beśka