ludzie sztuka myśli archiwum

NA BRZEGU FOTOGRAFII

Spacerując po Starym Mieście w Warszawie, trafiłam na małą galerię. Chyba najmniejszą jaką do tej pory widziałam.

Ilość prac - niewielka, ale za to są one oryginalne. Rozmawiam z Izabelą Wojciechowską, która od ponad roku zajmuje się tym specyficznym miejscem. Green Gallery. Nazwa bez głębszego znaczenia, żadnego symbolizmu. Po prostu było zielono, gdy otwierano galerię. Na pomysł wpadła Karolina Wojciechowska. Miało być ,,Foto and art”, ale czyż nazwa ,,Green Gallery” nie ma w sobie czegoś z soczystego, zielonego jabłuszka i naszej polskości?

Największe zaskoczenie wzbudza fakt, iż Izabela Wojciechowska sama nie fotografuje. Jednak ma się to wkrótce zmienić, gdyż jak mówi: „Wkurza mnie jak ludzie to chrzanią.” Może po prostu inaczej to widzą? Też się nad tym zastanawia i boi się, że aparat ją ograniczy. Ma już w głowie tysiące pomysłów, jej oko stale ,,fotografuje” otaczający świat. Chciałaby to spojrzenie przekazać, dlatego możemy spodziewać się fotografii ukazujących człowieka i jego otoczenie. Może nawet zobaczymy je w „Green Gallery”.

Dlaczego wcześniej nie próbowała? Przecież jej ojciec fotografował. Z uśmiechem wspomina: „Nie wierzyłam, że pod jednym dachem, może być dwóch dobrych fotografów.” Gdy dziś zamyka oczy i myśli jakie zdjęcia robił, podziwia w ojcu szacunek dla drugiego człowieka, staranność w pokazywaniu świata. Z wypiekami na twarzy robił zdjęcie Tadeuszowi Łomnickiemu podczas spektaklu „Apocalypsis com figuris.” Dzięki ojcu fotografie towarzyszyły Izabeli Wojciechowskiej od dzieciństwa. Stawały się pretekstem do większości rozmów w domu, sposobem komunikowania się. Część kuchni stawała się ciemnią. Pamięta złotą folię…Wszystko było tajemnicze dla niej i jej brata. Niektórzy twierdzą, że fotografując kogoś zabiera się mu jedyną, niepowtarzalną sekundę z jego życia. Ojciec Izabeli Wojciechowskiej nie kierował się artyzmem, raczej poczuciem zapamiętania siebie oraz innych. I to właśnie w nim ceni.

Izabela Wojciechowska nie do końca zgadza się ze słowami Erazma Ciołka: „Czarno-białą fotografię porównuję do poezji, kolorową - do prozy.” Dla niej kolorowa fotografia jako środek wyrazu również staje się poezją, bo jak mówi: „Są sytuacje, w których nie obejdzie się bez koloru.” Osobiście woli czarno-białą, wtedy sama może domalowywać kolory. Swoistego rodzaju rewolucją stał się fakt, że każdy w dzisiejszych czasach ma aparat i może wykonywać zdjęcia. Rozgraniczenie miedzy fotografią artystyczną a zwykłą z wakacji jest jednak bardzo istotne. Artyzm chroni świadomość artystyczna, że „cyfrówka” celowo została użyta. Przykładem jest Adam Bujak, który wydobywa piękno ciemnych kościołów dzięki cyfrowemu aparatowi.

Kto decyduje o tym, które prace będą pokazane na wernisażu? Ich autor czy twórczynie galerii? Oczywiście Izabela z Karoliną Wojciechowskie. Wybierają około 20 zdjęć. Domyślam się, że jest to trudne zadanie, bo za cel stawiają sobie pokazanie „najważniejszego nerwu życia” artysty, swoistego przecinka w jego dorobku. Zdjęcia nie mogą tak sobie „powisieć.” Muszą być trafione w czasie i przestrzeni. Green Gallery ma już za sobą 12 wystaw, m.in. Łapińskiego, Kapuścińskiego, Świetlika.

W czerwcu minął rok od kiedy otworzono Green Gallery. Wernisaż w tym czasie poświęcony był rysunkom Tadeusza Kantora. Z tej okazji Izabela Wojciechowska zdecydowała się na kolejny, artystyczny krok, czyli działalność wydawniczą. Pierwsza książka, której promocją się zajęła to „Lalki, manekiny i przedmioty z umarłej klasy Tadeusza Kantora”. Można w niej znaleźć wierszyki-wyliczanki Kantora. Tegoroczny plan Izabeli Wojciechowskiej przewiduje wydanie i rozprowadzenie jeszcze czterech małych książeczek i dwóch albumów o chasydach z Nowego Jorku.

Gdy pytam jakie były początki, słyszę „remont” i serdeczny śmiech. Przypadek zdecydował o powstaniu Green Gallery. Gdy Izabela Wojciechowska dowiedziała się, że znajomy zamyka sklepik z prezentami, twardo postanowiła „Chce mieć galerię.” Po roku stwierdza, że nie da się z tego utrzymać. Musi wciąż dopłacać do galerii z wykonywanego zawodu. Daje za to dużo radości, satysfakcji, gdyż dzięki fotografii można komunikować się ze światem. Jest to międzynarodowy język. Do Green Gallery przychodzą przecież osoby zza granicy. Najważniejszy dla Izabeli Wojciechowskiej jest kontakt z ludźmi. Słuchanie ich opowieści i reakcja „na żywo” na wernisaż.

Izabela Wojciechowska marzyła o pisaniu książek. Skończyła polonistykę. I tylko przez przypadek została edytorem ilustracji. Zastępuje część tekstu poprzez karykatury, zdjęcia lub ilustracje. Jedna fotografia może być komentarzem do 50 tekstów, charakterystyką wielu nastrojów. Dlatego poszukuje drugiego dna. Długo przygląda się zdjęciu, żeby je odkryć. Nie pamięta, jak wygląda jaj dziadek. Ma tylko jedną fotografię z zarysem jago oka, ale jak mówi: „Im dłużej będę patrzeć, może się odwróci, może jest coś w kącie, na samym brzegu…” Czyżby fotografie skrywały coś w sobie? Coś czego nie widać na pierwszy rzut oka? To część duszy fotografa i część życia, istnienia sfotografowanego świata, razem komponuje się to w swoistego rodzaju intymną stronę z pamiętnika, którą większość z oglądających może włożyć miedzy własne karty życia. Dla wielu poznawanie czegoś zawartego na fotografiach, staje się pretekstem napędzającym powolny proces poznawania siebie.

Sylwia Walicka