ludzie sztuka myśli archiwum

DOBRE AKTORSTWO ZAWSZE BĘDZIE W CENIE

rozmowa z Markiem Frąckowiakiem – aktorem, karykaturzystą i marzycielem

Czy istnieje jeszcze coś takiego jak stara, dobra szkoła aktorska? Czy mistrzem zostaje się po wielu latach wytężonej pracy?

Myślę, że dobre aktorstwo zawsze będzie w cenie. Ludzie uprawiający ten zawód zawsze będą dążyć do tego, co nazywa się „mistrzostwem”. Umiejętności są jak instrument muzyczny: otrzymujemy instrukcję obsługi od mistrza albo wszystkiego musimy uczyć się sami. To jest zawód, w którym trzeba zapłacić swoją cenę, żeby do czegoś dojść. Doświadczyłem tego empirycznie. Staram się być dobrym aktorem. Na początku życia zawodowego dostałem od losu dużą szansę, ale dopiero potem pojąłem, że znaczną część tego „daru” zdążyłem już zmarnować. Po analizie pewnych faktów dostrzegłem błędy i wtedy już konsekwentnie, krok po kroku zacząłem odbudowywać siebie.

Czym dla Pana jest aktorstwo?

Sposobem na życie. W całym tego słowa znaczeniu. Dostaję za to pieniądze, wypełniam tym czas, rozwijam zainteresowania, obserwuję ludzi, staram się doskonalić techniki, a przy okazji dobrze się bawić.

Czy u Pana aktorstwo pojawiało się przypadkiem, czy może było wytyczoną mapą kariery?

Wierszyki lubiłem recytować od dzieciństwa. Coś deklamowałem i wszystkim się podobało, a kto nie jest łasy na pochwały? Ostatecznie wybór wynikł trochę z lenistwa. Aktorstwo od początku było znakomitym sposobem na szybki efekt, niepoprzedzony uciążliwą pracą, przygotowaniem.

Zawsze był Pan pewien dokonanego wybory i nigdy nie pojawiły się wątpliwości? Nie próbował Pan zająć się czymś innym?

Był taki moment, kiedy musiałem dokonać wyboru: prawo czy aktorstwo. Jedno i drugie mnie interesowało. W obydwu przypadkach ważna jest dobra pamięć i umiejętność grania. Dostałem się równolegle na wydział aktorski i na prawo. Przez pierwszy semestr nie potrafiłem podjąć ostatecznej decyzji. Oczywiście życie wszystko zweryfikowało, bo przez pierwsze półrocze nie chodziłem na zajęcia, opuszczałem wykłady, zaliczenia. Potem przysłali mi pismo, że jestem relegowany, ale mam z tego czasu wielu przyjaciół prawników. A prawo jest do dzisiaj moim hobby.

Czym się Pan kieruje przy doborze ról?

- Łatwo można wpaść w pułapkę i płynąć na fali tzw. popularności. W aktorstwie trzeba podejmować wyzwanie, podejmować ryzyko. Dla mnie naprawdę wielkim aktorem jest Janusz Gajos. Nigdy nie dał się zaszufladkować, dbając o różnorodny dobór kreowanych postaci.

Gra się na scenie, ale i w życiu. Gdzie tu miejsce na prawdę?

W życiu używa się technik aktorskich. Albo jako barw ochronnych, albo jako broni. Kiedyś prowadziłem zajęcia na Wydziale Dziennikarstwa w szkole im. Wańkowicza – „Autokreacja za pomocą technik teatralnych”. Trzeba umieć grać, wykorzystywać umiejętności do pewnego stopnia. Jeżeli reguły gry są jasne, łatwiej jest nam żyć. W życiu poszukujemy ludzi, którzy grają według tych samych reguł. Pozostałych odrzucamy. To pomaga odnaleźć się w świecie.

Jak często zdarzały się chwile zwątpienia podczas aktorskiej drogi?

Nie należę do ludzi, którzy żałują tego, co zrobili. Staram się odnajdywać nowe obszary, jeszcze niepoznane.

Jak odreagowuje Pan stresy?

Jak już wspomniałem, wiele stresu oszczędza mi ciekawa praca, cały czas coś się dzieje. Poza tym piszę, rysuję i w ten sposób zachowuję kliniczną normalność.

Dokąd uciec, gdy przychodzi zmęczenie?

Staram się mieć różnorodne zainteresowania. Mogę uciec w rysowanie. Udało mi się stworzyć azyl – dom, który jest wygodny i bezpieczny. Jestem za to bardzo wdzięczny Bogu. Moją pasją – odskocznią są również konie. Zmęczenie zawsze przychodzi, dlatego dużą sztuką jest umieć odpoczywać.

Dlaczego tak modna stała się dzisiaj „bylejakość”? W jakim stopniu zagraża to sztuce?

Bylejakość jest wszechobecna. Przy natłoku sklepów, sklepików, marketów za ogromną cenę kupujemy produkt o kiepskiej jakości. To samo odnajdziemy w aktorstwie. Jednak powoli ludzie budzą się i za swoje pieniądze nie chcą oglądać badziewia, popkultury, disco polo. W ekskluzywnym gronie chcą podziwiać dobrą sztukę.

Skąd się wzięła idea założenia Fundacji Przyjaciół Sztuk „Aurea porta”?

Jeśli chciałbym założyć agencję artystyczną, to każde działanie i pomysł byłby opodatkowany. Nie stać mnie na prowadzenie działalności gospodarczej w takim rozumieniu. Nie lubię być zależny od okoliczności, wolę sam je tworzyć. Wymyśliłem sobie taki sposób na życie. Dlatego powstała fundacja, która zajmuje się promocją sztuki. Nie jestem obłudny, przede wszystkim chciałem pomóc sobie, a przy okazji innym. Jeśli produkuję spektakl, to gram w nim z aktorami, daję możliwość zarobku kolegom. Staram się zatrudniać młodych ludzi, stworzyć im szansę zademonstrowania swoich umiejętności, ugruntowania się w środowisku. Kiedy człowiek gra, staje się zauważalny. Agnieszka Wielgosz, która zagrała w pierwszym spektaklu wyprodukowanym przez fundację, obecnie coraz częściej pojawia się w telewizji. Być może to początek kariery. Nie powierzam ról aktorom „z górnej półki”, z wyrobionymi nazwiskami. Fundacja włączyła się też w działania pisma „Enigma”, ponieważ wierzę w to wydawnictwo, w jego ezoterykę. Periodyk będzie miał z tego profity, mam nadzieję, że stanie się tytułem bardzo zauważalnym.

Założył Pan Fundację, by być bardziej niezależnym, a przecież aktorstwo samo w sobie jest niezależne.

To romantyczny mit, zawsze nieprawdziwy. Aktorstwo jest bardzo zależnym zawodem. Celem każdego działania jest przede wszystkim dobro osobiste. Być może jestem trochę cyniczny w tym, co mówię, ale staram się być szczery. Jeśli coś się osiągnęło, to trzeba się dzielić z drugim człowiekiem. Jest takie biblijne przykazanie, moim zdaniem najważniejsze: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Z tego wynika, że najpierw trzeba umieć pokochać siebie. Jeśli akceptuje się siebie. Dopiero wtedy można dostrzec potrzeby innych. Wielu moich kolegów popada w stres zawodowy. Chwila niezauważenia przez reżyserów może spowodować załamanie. Dlatego ja chcę mieć jakiś plan, móc modyfikować to, co robię, nie czekać na telefon z propozycją. To mi daje luksus życia w zawodzie: jestem do wynajęcia, ale poza tym wszystkim mam jakąś drogę wytyczoną na rok, dwa lata naprzód. Dzisiaj nawet osoby, które mają stałą pracę, wieczorami siedzą i myślą: co będzie jutro? Nie mam takich stresów związanych z zawodem, ze względu na bardzo dobrego przełożonego, którym jestem sam sobie.

Dlaczego akurat spektakl Bogusława Schaeffera jako pierwszy został wypromowany przez Fundację?

To moja osobista fascynacja, ponieważ ciągle odkrywam nowego Bogusława Schaeffera. Jest niesamowity jako kompozytor, plastyk, filozof, pisze wspaniałe sztuki, a przy tym jest niewiarygodnym erudytą. Można by powiedzieć – człowiek renesansu. Jedna rzecz go deprecjonuje w naszej smutnej rzeczywistości – nie umie siebie sprzedawać. Człowiek, który powinien mieć zapewnione dobre warunki do tworzenia, mieszka na przedmieściach Krakowa, w małym mieszkanku, które po brzegi wypełniają jego prace. Do dzisiaj te wszystkie dzieła i grafiki nie zostały skatalogowane. Dlatego staram się Bogusława Schaeffera przybliżyć publiczności. Przygotowujemy kolejną sztukę, a oprócz tego chcemy zorganizować koncert jubileuszowy.

Jednak Fundacja zainteresowała się też Rolandem Toporem?

Rzeczywiście nie jesteśmy fundacją jednego dramaturga. Teraz wystawiliśmy „Bitwy” Topora w Teatrze na Woli.

Inną Pana pasją jest rysowanie. Planuje Pan jakąś wystawę?

Myślałem o tym, ale nie mogę uzbierać potrzebnego materiału, ponieważ rozdaję znajomym moje prace.

Rysunek to odskocznia od aktorstwa?

Wszystko jest odskocznią od codzienności. To będzie banał, bo często powtarzam zdanie Konfucjusza, ale jest ono rzeczywiście mottem mojego życia: „Jeżeli robisz w życiu to co lubisz, nigdy się nie napracujesz”. Jestem z natury leniem i nie wstydzę się tego. Uważam, że lenistwo jest motorem cywilizacji. Niektórzy patrząc z boku twierdzą, że ja bardzo ciężko pracuję. Tak nie jest, bo kocham to, co robię. Zdarza mi się pracować dobę bez przerwy, podczas przygotowań przed premierą. Z prób wychodzimy spoceni, zmęczeni ciężką, fizyczną pracą. Ale to ładuje moje akumulatory, daje siłę do działania. Nie wyobrażam sobie natomiast chodzenia do stałej pracy, o tej samej porze, w to samo miejsce, bo pewnie po jakimś czasie zwariowałbym. „Poodpalały” by mi jakieś części w psychice.

Mimo tylu pomysłów na życie i tak szerokiej działalności Fundacji, ciągle nie wiem, jakim człowiekiem jest Marek Frąckowiak? Jaki stara się być?

Zodiakalny lew, chiński tygrys, galicyjski cedr – wydawałoby się kamienny komandor stąpający twardo po ziemi. Tak naprawdę jestem małym, puszystym kotkiem, który bardzo lubi wylegiwać się zwinięty w kłębek na miękkiej poduszce, opychać się łakociami. I lubię być drapany za uchem. Zależy, kto na mnie patrzy, takim mnie widzi.


Natalia Pietrucha