ludzie sztuka myśli archiwum

O Jerzym Dudzie-Graczu

Pędzel jak armata

Był najbardziej polskim malarzem od czasów Jana Matejki i jednocześnie, obok zasłużonego uznania, najbardziej zwalczanym. O sztuce niewiele się pisze, bo nikt o niej nie czyta, ponieważ nikt o niej nie pisze. Takie błędne koło panuje w naszym życiu od 15 lat. Jeśli już coś, gdzieś się pojawi, to tylko przez przypadek, kaprys recenzenta lub pomyłkę. Zawsze mówi się o artystach tylko ze względu na ich ostateczne odejście. Wtedy przypomina się jacy to byli wielcy, czego nie dokonali i jak możemy z nich być dumni. Taki ton trwa zwykle kilka dni, a potem wraca obojętność i pamięć o człowieku idzie do lamusa. Nie inaczej było z Jerzym Dudą-Graczem. Gdy zmarł 5 listopada 2004 roku, niemal wszędzie pojawiły się nekrologi i wspomnienia. Minęło ledwie kilka tygodni i... cicho sza. Dziś wszyscy kojarzą, iż w ubiegłym roku zmarł Jaser Arafat, odszedł Ronald Reagan, a u nas zabraknie generała Stanisława Skalskiego. A któż to taki Duda-Gracz?

Urodził się w Częstochowie 20 marca 1941 r. Dyplom krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych uzyskał w 1968 r. Od tamtego czasu miał niemal 170 wystaw indywidualnych i 350 zbiorowych. Wynik, jeśli tak można powiedzieć, bez precedensu. Musiał więc być kimś.

Był twórcą 4 cykli malarskich: „Motywów i portretów polskich”, „Obrazów jurajskich”, „Obrazów arystokratyczno-historycznych” oraz „Obrazów prowincjonalno-gminnych”. Ostatnie 6 lat życia poświęcił malowaniu serii akwarel obrazujących muzykę Fryderyka Chopina. Stworzył 270 prac, które eksponowane mają być podczas XV Międzynarodowego Festiwalu Chopinowskiego w tym roku.

Wielkości nie zdobywa się jednak samą ilością. Sztuka to nie ekonomia. Jak powiedział w latach 90. Józef Szajna – twórca Teatru „Studio” – tu ilość nie przechodzi w jakość. Duda-Gracz zdobył sławę swym osobistym podejściem do malarstwa. To było otaczające jego i nas życie, ale nie samo. W obrazach Dudy jest jego filozofia. Filozofia chłopka roztropka, Polaka etośnika, robola i inteligenta. Wszystko pokazane w krzywym zwierciadle i to takim, z którego można się śmiać, ale którego można się również wystraszyć. Bo w dziełach Dudy-Gracza jesteśmy my. My, czyli dla samego artysty - Oni.

W latach 70. Jego obrazy odbierano jako kpinę z PRL-u. Oglądając wówczas „Motywy i portrety polskie” dostrzegało się w nich wynaturzenie i obśmiewanie życia zdeformowanego przez system. Dziś, po latach łatwiej zauważyć w tych obrazach także własne grzechy i głupotę. Inaczej mówiąc, to była kpina ze wszystkich, ale wielu z nas zauważyło ją dopiero teraz, co tylko potwierdza celną spostrzegawczość twórcy. Niby to takie małe ukąszenie, ale wystarczające, by nagle z kochanego Dudy-Gracza zrobić artystę niechcianego.

Sztuka Dudy-Gracza opierała się na obserwacji. Dużo jeździł po kraju. Uwielbiał zabite deskami dziury, kresy, Wartę koło Wielunia oraz góry. Szukał Polski. W ostatnim okresie życia z gór musiał zrezygnować. Ciężki zawał serca uniemożliwiał mu przebywanie na wysokościach, gdzie ciśnienie jest niskie. Zamienił je na Ziemię Lubuską. Rozmawiał z ludźmi niczym Jan Himilsbach – największy rozmówca wśród polskich ludzi kultury. Uważał, że od każdego czegoś można się nauczyć. Mimo iż swą pracownię miał na Śląsku, pracował poza nią. Jak sam przyznawał sprowadził ją do roli atrapy. Chodził w miejsca, do których reporterzy, a więc kronikarze faktów nawet by nie podeszli odrzucani obrzydzeniem. Potrafił zatrzymać się i zachwycać kupą gnoju w polu. Odwracał się od tego, co nazywamy cywilizacją. Wolał cuchnące wsie. Jednak nie dla odoru, ale tego, co spieszący się ludzie, zawsze przegapiają. Wystarczy obejrzeć jego pejzaże. Na pierwszym planie zdegenerowani ludzie, na drugim walące się do ziemi karykaturalne domy, na trzecim zaś jezioro, las, łąki porażające swymi barwami i harmonią. Duda sławił naturę. Drażniły go wytwory cywilizacji. Nie uświadczy się w jego dziełach drutów elektryfikacyjnych, samolotów, ekranów telewizyjnych, czy autostrad. Świat to była dla niego myśl, często odległa od rzeczywistości. Szukał korzeni, a nie opakowania. Stąd jego obrazy są jednocześnie odrażające i słodkie.

Duda-Gracz był swoistym dokumentalistą. Jego Polska, to był kraj bez pomadki. Taki, jaki jest naprawdę – ukrywany za pięknymi fasadami. Choćby przykład „Pamiątki z Barlinka – Anioła śmierci”. Trzech ochlapusów przy stole zastawionym wódą. To nie mężczyźni, ale wieprze. I co tu gadać, to My podczas tak lubianych przez Polaków biesiad. Albo „Chrystus frasobliwy”, który niesie krzyż, a wygląda jak skacowany robol z łopatą na plecach, wlokący się w poniedziałek do znienawidzonej roboty. Toż to kpina z cytatu, iż Bóg stworzył nas na podobieństwo swoje. My zaś mówimy to co chwila i jesteśmy jak ten Chrystus frasobliwy. Tu rzuca się w oczy wielkość artysty, bo iluż to „wiernych” zaskarżyłoby ten obraz za obrazę uczuć religijnych. Ale nie. Wszyscy dobrze odczytali przesłanie z płótna.

Duda-Gracz miał też odwagę innego rodzaju. Głośno krytykował subkulturę i media. Był jednym z pierwszych, który powiedział, że subkultura mieszka pospołu z kulturą i ją zabija. Odrzucało go wpychanie się do telewizji i prasy. Jak sam mówił: „widzę jak ludzie reprezentujący wysoką kulturę i sztukę czują się usatysfakcjonowani, że mogą się pokazywać w towarzystwie medialnego chama czy debila”. Chamem nazywał Kubę Wojewódzkiego, a debilem Michała Wiśniewskiego. Media uważał za farsę, w której nie liczy się estetyka, tylko oglądalność i poczytność. To oczywiście ustawiało wszystkich, którzy mieli dostęp do mównicy przeciwko niemu. Transformację, która nastąpiła w życiu, uważał raczej za zmianę świń przy korycie, niż zmianę na lepsze. Zresztą boleśnie tego doświadczył, kiedy spółka Top Art. odmówiła zapłacenia mu kilkudziesięciu tysięcy złoty za obrazy.

Do tego dochodzą artystyczne poglądy. Te Duda miał jak z granitu. Niezmienne. Walczył o nie niestrudzenie. Był, obok Antoniego Fałata najbardziej zagorzałym obrońcą malarstwa figuratywnego. Narobił sobie tym wrogów wśród krytyków, młodego pokolenia „mistrzów pędzla” oraz wśród kustoszy muzeów i kierowników galerii.

Pozostał jednak sobą. Styl miał niezmienny, oko bezbłędne, rękę pewną. Miał grono zagorzałych wielbicieli i szczęście w nieszczęściu. Nikt go ostatecznie nie zgnoił, ale też nie wniósł na najwyższy piedestał. Przeciwnicy woleli go unikać, wielbiciele zaś milczeli. Dziś milczą wszyscy. Tak jakby nie powstał „Tryptyk polski”, „Exodus”, „Wieś Brzegi – pożegnanie z matką”, „Bezpowrotne umieranie starszej pani”, czy wreszcie słynny „Autoportret”. Chyba dlatego że dzieła Dudy-Gracza były i są zbyt prawdziwe. Mówi się, że człowiek powinien umrzeć tak, jak żył. Jerzy Duda-Gracz zmarł podczas pleneru malarskiego. W terenie, obserwując życie i jego krzywe piękno. Wśród polskich artystów podobnie odszedł tylko Tadeusz Łomnicki – podczas próby spektaklu. Wydaje się, że Bóg ten rodzaj odchodzenia zarezerwował tylko dla naprawdę wielkich. A Bóg się nie myli. Duda zresztą też.

Jacek Wróblewski