ludzie sztuka myśli archiwum

Śpiewać każdy może... Głos w obronie pamięci niektórych zmarłych, kultury i tego wszystkiego co nam jeszcze w mózgach pozostało...

Głos w obronie pamięci niektórych zmarłych, kultury i tego wszystkiego co nam jeszcze w mózgach zostać powinno... Śpiewać każdy może... - tak przynajmniej niegdyś głosił refren jednego z najpopularniejszych utworów Kabaretu Starszych Panów, który niebawem stał się, żyjącym osobno i będącym w powszechnym użyciu terminem - onelinerem. I wyraża, definiuje wszystko to, co w wypadku posługiwania się piórem, określać się zwykło grafomaństwem. Okazje się, że w miarę rozwoju naszego świata nie tylko za śpiewanie i pisanie bieżę się dosłownie każdy, komu tylko los zechce wepchnąć w rękę odpowiednie narzędzie. Cóż to znaczy dla kultury lepiej nie mówić. Hamburgeryzacja w każdym calu. Może to i wygląda ładnie z początku, ale tuczy, ogłupia i w dodatku jest strasznie niezdrowe.

Tak jest i z tym, czym karmi nas współczesne kino, którego „bogowie” dokonują bezprzykładnych gwałtów na kulturze i dziedzictwie kulturalnym minionych epok, zyskując w dodatku poklask ogłupiałych do cna – że się tak wyrażę - „oglądaczy”, bo na pewno nie widzów. Ten bowiem termin od zawsze zarezerwowany był dla ludzi, którzy dany spektakl starali się nie tylko przesiedzieć i przeżyć, ale i zrozumieć.

Jak to może być, że wykorzystując bez zgody i wiedzy autora fragment spotu reklamowego, dajmy na to proszku do prania czy fragmentu skomponowanej przez komputer piosenki, odpowiada się za naruszenie dóbr, a bezprzykładne zmienianie kanonu światowej literatury nie budzi niczyjego sprzeciwu. Faktem jest, że ani Homer, ani Szekspir, ani też nawet nasz Mickiewicz nie wystąpią już na drogę sądową, by bronić swych praw. Dlatego też, coraz większa rzesza chałturników rzuca się na ich teksty jak sępy, wybierając z nich tylko to co - ich zdaniem - posiada wartość komercyjną, i co będzie się mogło sprzedać za odpowiednio duże pieniądze. Mam na myśli nie tylko ostatnio zrealizowaną „Troję”, której autorzy nic sobie nie robią z jednego z najpiękniejszych mitów w historii i przedłużają życie Achillesa tylko po to, by przedwczesna śmierć bohatera nie zaważyła na kinowej frekwencji. Ale w tym wypadku „Iliadę” Homera potraktowano za oceanem jako pretekst do ukazania „heroizmu Brada Pitta”. Gorzej jest, gdy tacy plagiatorzy śmią posługiwać się również tytułami dzieł, funkcjonujących już w powszechnej świadomości. Bo czymże innym są filmowe opowieści, choćby o dziejach Robin Hooda oczarowanego urokiem smoków przebranych za dziewicze dziewice czy wyprawy nieszczęsnego Jazona, którego Argonauci okazują się, czarnymi jak smoła, Afrykanami? Przykładów by można mnożyć bez końca, ale dopiero całościowy obraz ukazuje prawdziwą grozę sytuacji. Młode pokolenie, któremu nie dane było w szkołach skosztować kulturowego dziedzictwa przeszłości, wychowane na takiej papce, deformowane już jest na wstępie do dorosłego życia. Pseudoprawdy, pseudojedzenie w pseudokomforcie. Później dojdzie do tego jeszcze uprawiana powszechnie przez mas-media manipulacja informacjami i ... jesteśmy na najlepszej drodze, by stworzyć prawdziwego człowieka XXI wieku – telepółgłówka i ćwierćinteligenta, żyjącego w pseudoświecie prawdziwych podróbek.

Ale nie łudźmy się, to nie tylko robota Amerykanów. Bo co tak naprawdę zrobił nasz rodzimy kinowieszcz Wajda z „Pana Tadeusza”. Miało wyjść dzieło na miano ekranizacji Oliviera, lecz „wyprane” z całego humoru Nowogrodzianina, stało się nudnym kiczem, jakich w naszym świecie z plastiku wiele. Gorzej jeszcze było z „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza. Choć to literatura niewysokiego lotu, miała jednak w naszych dziejach spełnić (i spełniła) określone zadanie i jakiekolwiek przy niej manipulowanie powinno skończyć się uderzeniem „po łapkach”. Dbający o poprawność polityczną Hoffman stworzył gniota, że hej. Najgorsze przy tym, że wciągnął w swą manipulację profesora Serczyka, wydawało by się fachowca od XVII stulecia i osobę uchodzącą dotąd za obiektywną. W ich wspólnej wersji zmagania z Kozakami mijają się nie tylko z historyczną prawdą, ale i z powieściowym pierwowzorem znacznie bardziej dalece niż te, które przed półwieczem udało się „stworzyć” we włoskiej Cinecitta.

Nie jestem bynajmniej przeciwnikiem interpretacji dzieła. Uznaję prawa reżysera do skrótów, a nawet uproszczeń akcji. Wiem, że wizja bohatera przeczytanej opowieści w każdym z nas pozostaje inna, ale nie mógłbym milczeć, gdyby naraz Chrystus okazał się Chińczykiem, a Mojżesz przyprowadził Izraelitów na Ziemię Ognistą. Dlatego też sprzeciwiam się wykorzystaniu postaci z kultury w papce tworzonej na potrzeby masowe, ich popkulturalnej infantylizacji i „podbarwianiu” w imię politycznej poprawności. Jeśli więc ktoś już nie potrafi wymyśleć niczego innego jak tylko zielonoodzianą postać biegającą z łukiem po lesie Sherwood niech nada jej własne imię, zmieni las i posadzi na posłaniu w szalecie nawet Monikę Lewinsky, jeśli tylko ta wyrazi na to zgodę.

> Sprawa jest naprawdę ważną i dotyczy wszystkich mniej czy bardziej „swobodnych adaptacji” w swej istocie działających na kulturę niczym „wybielacz nad wybielacze”. Związki chloru bez wątpienia czyszczą plamy, ale po częstszym użyciu znika sama materia. I nie ma różnicy, czy wysadzili ją w powietrze (jak posągi Buddy) ortodoksyjni afgańscy talibowie czy „świetli humaniści” po filmowych akademiach.

Dlatego mam odwagę zaprotestować. Liberum veto panowie i panie! Kasa to jeszcze nie wszystko! Prawo nie pozwala mi was ciągać po sądach za naruszenie dóbr osobistych ludzi dawno zmarłych, ale pozwala mi oceniać wasze postępowanie. Są wszak świństwa, których nie powinno się robić zmarłym - prawda? Również okradać kogoś jest nieładnym zwyczajem... Prawda? Chyba, że wy macie w tej kwestii zupełnie inne zdanie...

Krzysztof Łukasiewicz