ludzie sztuka myśli archiwum

A imię jego homo sapiens mechanicus!

Pewnego wieczoru, pragnąc odprężenia i bezrefleksyjnej rozrywki po ciężkim intelektualnie dniu, włączyłam telewizor. Leciał akurat program "Kawaler do wzięcia"". Moja radośnie tępa recepcja została jednak zakłócona w momencie, gdy jedna z pań biorących udział w tym programie na zarzut, że udaje jedynie swe uczucia, aby zdobyć wygraną w postaci wymuskanego i płytkiego gogusia o niebieskich oczach, agresywnie odparła atak stwierdzeniem, że przecież nie jest jakimś robotem i uczucia, a jakże, posiada (i nie obawia się ich pokazać!). Zdziwiło mnie to nieco, ponieważ zazwyczaj, gdy się mówi o uczuciach (lub w zasadzie ich braku) używa się powiedzenia "nie jestem z kamienia". A tu nagle porównanie do robota. Moja krótka refleksja przeszłaby pewnie bez echa, gdyby następnego dnia na zajęciach z teorii literatury nie zaproponowano nam, abyśmy spojrzeli na omawiany wiersz poprzez pryzmat naszych odczuć względem tekstu oraz jego intencjonalności, a nie poprzez jego strukturę. „Nie jesteśmy przecież cyborgami” – usłyszeliśmy w argumencie. Lekko już zaniepokojona wybrałam się do kina na ostatnią część "Matrixa". Nie uspokoił mnie on jednak zupełnie, ponieważ na ekranie ujrzałam mesjasza w postaci Neo, rozpiętego na krzyżu skonstruowanym z plątaniny kabli i wtyków, umierajšcego za ludzkość i zbawiającego świat ludzki od maszyn. A przy wyjściu z kina natknęłam się na billboard, z którego cybernetycznym okiem łypała na mnie kobieca twarz bez wyrazu. Podpis głosił: "Terminator" Nie, to nowa kamera marki…”. To wszystko uzmysłowiło mi, że rozpoczyna się jakaś cicha wojna podjazdowa pomiędzy maszynami i ludźmi, a w zasadzie pomiędzy dwoma poglądami dotyczącymi definicji współczesnego człowieka. Po jednej zatem stronie twardo stojš obrońcy niezmiennej natury ludzkiej, wyśpiewując hymn „Cogito ergo sum” z refrenem „Człowiek – trzcina myśląca”, z drugiej zaś nacierają zwolennicy teorii mechanizacji człowieka, odmawiając mantrę „Człowiek – maszyna, Człowiek – automat”. Nad nimi zaś wszystkimi szemrze przesuwajšcy się ciąg liczbowy pinów, kodów i nipów z wyraźnym pogłosem peselu w tle.

W zasadzie nie powinniśmy się dziwić takiej sytuacji. Jakkolwiek już w 1748 r. La Mettrie, francuski filozof, lekarz i biolog, w swojej ksišżce „Człowiek maszyna” dowodził, że „ciało ludzkie jest maszyną, która nakręca sama swoje własne sprężyny”, to dopiero postęp technologiczny i mnogość odkryć naukowych ostatnich lat XX wieku uświadomiły nam, że definicja człowieczeństwa wkrótce stanie się tożsama z definicją wysoce wyspecjalizowanego robota kuchennego.

Brzmi śmiesznie? Niekoniecznie. Wyobraźmy sobie bogatego wujka z Ameryki: ręce i nogi ma w pełni zrobotyzowane – do organicznych mięśni ma podłączone mikroelektrody, które odpowiadają za zginanie palców lub ich zaciskanie w pięść, a z mechanicznych kończyn do odpowiednich obszarów kory mózgowych prowadzą inne mikroprzewody, które są odpowiedzialne za zmysł dotyku. Elektroniczny rozrusznik serca i zastawki, interfejs mózg – maszyna. W oczach sztuczne siatkówki opierajšce się na krzemowych fotoreceptorach (mikrochipy mniejsze od główki szpilki i cieńsze niż kartka papieru). W uchu środkowym implant słuchowy, zaś w mózgu chip zwany "łowcą dusz", który zapamiętuje wszystkie myśli i emocje. Science fiction? Nie. Rzeczywistość. Odpowiednia ilość pieniędzy i każdy może wymienić zawodne narządy organiczne na w pełni funkcjonalne i trwałe narządy protetyczne, objęte wieloletnią gwarancją i dożywotnim serwisem technicznym. Tyle tylko, że wtedy trudno już stwierdzić, co jest człowiekiem, a co maszyną.

No dobrze, zgodzę się, że trudno mówić o bezpieczeństwie takiej jednostki, kiedy nad funkcjonowaniem jej ciała czuwać muszš technicy i naukowcy. Problem ten zauważył już kilka lat temu Mamoru Oshii, twórca anime "Ghost in the shell". Bohaterowie filmu, dzięki cyborgizacji, maja kontrolowany metabolizm, podwyższoną percepcję sensoryczną, usprawnione i podwyższone reakcje mięśni oraz zwiększona szybkość i pojemność transferu danych w podłšczonych do sieci mózgach. "Co z tego, że nie możemy żyć bez regularnego i skomplikowanego serwisu?"" – pyta major Kusanagi. "Takie okazjonalne 'podkręcenie' jest niską ceną za to wszystko". Wišże się to jednak z tym, że oddaje się swoja" wolność swemu pracodawcy, który to sfinansował – w tym wypadku rzadowi. Mimo że odejść można zawsze, można to zrobić tylko pod warunkiem oddania cybernetycznych skorup... i wspomnień w nich zawartych (vide „łowca dusz”, skonstruowany w 1996 r.). A po czymś takim niewiele już zostaje.

Czy wynika z tego, że człowieczeństwo faktycznie polega na „cogito, ergo sum”? Na posiadaniu mózgu, samoświadomości i zdolności do przeprowadzania procesów myślowych? U naszego współczesnego cyborga bowiem jedynie struktury mózgowej nie poddaliśmy modyfikacji, u major Kusanagi także jedynš cząstką organicznš były komórki mózgowe. W pewnym momencie bohaterka zaczęła się jednak zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek była prawdziwą kobietą. "Być może moje prawdziwe Ťjať umarło dawno temu i jestem replikantem złożonym z cybernetycznego ciała i komputerowego mózgu? A może po prostu to Ťjať nigdy tak naprawdę nie istniało...?". Mamoru Oshii zdołał uchwycić w tym filmie najbardziej podstawowy problem przyszłej technologizacji człowieka w jednym pytaniu: "Jeśli maszyna mogłaby wytworzyć swoją własną duszę, to na czym polegałoby bycie człowiekiem".

Spokojnie, nie zamierzam dowieść, że jakikolwiek robot kuchenny z dnia na dzień się wyemancypuje i zacznie sam o sobie stanowić. Temu problemowi należy się jednak uważnie przyjrzeć. Dziś może nie, ale skoro możliwy jest zapis procesów myślowych i emocji na maleńkim chipie, to być może w przyszłości będzie możliwe skonstruowanie sztucznej inteligencji. Oto dwa przykłady z życia wzięte. Pierwszy: w 1962 r. komputerowi powierzono stanowisko dyrektora banku. Otrzymał on pełnš dokumentację, w tym rejestr klientów, stan finansów i ocenę sytuacji rynkowej. Już po kilku pierwszych próbach przekonano się, że maszyna, uwzględniając dziesiątki czynników, z absolutną pewnością dokonywała operacji decyzyjnych, radząc sobie z polityką bankową nie gorzej niż urzędnicy z długoletnim stażem. I drugi przykład: również w latach 60-tych firma Autometics zbudowała maszynę Agile, która mogła samodzielnie układać odpowiedzi, nie zaś, jak dotychczasowe urządzenia, korzystać jedynie z gotowych wzorów zdań. Kiedy zadano jej pytanie „Czy jesteś człowiekiem?”, odpowiedziała: „Nie, jestem człowiekiem mechanicznym”. Przykład pierwszy udowadnia zatem, że komputery mogš podejmować samodzielne decyzje, zaś drugi ujawnia początki A.I.. Już tutaj bowiem widać, że komputer zaczyna siebie postrzegać jako odmianę formy ludzkiej. Potrafi także na podstawie wywiadu z pacjentem postawić diagnozę lekarską lub przeprowadzić rozmowę z chorym, zastępując psychiatrę (transkrypcja takiej rozmowy znajduje się w książce Marka Hołyńskiego pt. "Maszyny jak ludzie"). Może także symulować jakąś chorobę psychiczną, aby jak najlepiej przeszkolić studentów psychiatrii w danym zagadnieniu. Mało tego, potrafi także zastąpić nam prawnika i nauczyciela. "Programy doradcze" wkrótce nauczą się rozpoznawać nasz głos i to, co do nich mówimy, a co najważniejsze - będą mogły nam rozumnie odpowiedzieć.

Wszystko to powoduje, że maszyny staną się w naszym życiu zbyt rozwinięte, byśmy mogli pozwolić sobie na tak łatwe i kategoryczne zaprzeczenie, że nigdy nam nie dorównają. „Przyszły rozwój informacji i sposobów porozumiewania się pomiędzy człowiekiem a mechanizmem, mechanizmem a człowiekiem, pomiędzy maszyną a maszyną – będzie odgrywał coraz większą rolę” – taka jest główna teza książki Norberta Wienera z 1960 r. pt. „Cybernetyka i społeczeństwo”. A taka rozmowa to przecież potężny krok na drodze do wykrzesania świadomości u maszyn.

Pytanie o przemianę maszyny w człowieka postawione przez Mamoru Oshii można jednak odwrócić i spojrzeć na to zagadnienie z drugiej strony, tak, jak to widział Lem: „Gdyby odporną na stresy, wszechstronnie sprawną osobowość oraz intelekt można było uzyskać dzięki sekwencji instrumentalnych zabiegów, dokonywanych farmakologicznie czy elektrochemicznie – na mózgu, jakie właściwie wartości usprawiedliwiające egzystencję zachowałyby się jeszcze w podobnym świecie?” („Etyka technologii i technologia etyki”). Innymi słowy: czy jeśli moglibyśmy usprawniać nasze ciała i umysły w sposób technologiczny, jaką wartość miałoby żmudne kształtowanie i rozwijanie swojej osobowości w sposób naturalny? Idąc dalej tym tropem: jeśli moglibyśmy się stać supermaszynami, jaki byłby sens pozostawania człowiekiem?

Człowiek współczesny przesiąknięty jest przecież myślą o swojej niedoskonałości nawet wtedy, gdy jest całkowicie sprawny fizycznie. Czuje, że często nie ma na nic wpływu, i że wobec świata, który podbił oraz kosmosu, który zaczyna eksplorować – niewiele tak naprawdę znaczy. Do tego też dochodzi utrata zaufania do ludzkich sądów i do subiektywności. Neil Postman w "Technopolu" zauważył, że „pozbawiliśmy wartości jedyną w swoim rodzaju ludzką zdolność postrzegania rzeczy jako całości, we wszystkich ich wymiarach psychicznych, emocjonalnych i moralnych, i zastąpiliśmy ja zaufaniem do potęgi obliczeń technicznych". Stąd też płynie przekonanie, że dzięki maszynom staniemy się lepsi i doskonalsi. Do tego sami zaczynamy traktować siebie w kategoriach technicznych. Pamięć człowieka określona już została w terminach komputerowych, którą szacuje się na 1011 do 2020 bitów. Dzieli się ją również na operacyjną (tak jak RAM) i pamięć zewnętrzną (kości pamięci). Marek Hołyński w swej książce „Maszyny jak ludzie” twierdzi natomiast, że „wszystkie układy przekazujące informację w liczbie powyżej 108 bitów na sekundę powinny być świadome". Cyborgizacja naszych ciał ma z nas stworzyć nowego, bo mechanicznego, nadczłowieka. Mamy być silni, nieugięci, przepełnieni mocą oraz pełnym powagi dostojeństwem. Mało tego. Taka technologia dałaby nam całkowitą władzę nad naszym ciałem i procesami, jakie w nim zachodzą, umożliwiając tym samym realizację odwiecznego marzenia o nieśmiertelności. A że takie działania zbliżą nas bardziej do wyspecjalizowanego robota kuchennego niż myślącej trzciny, to już inna rzecz.

Wojna podjazdowa, o której mówię na wstępie, ma bogate zaplecze i niezłą logistykę. Większość przytaczanych przeze mnie pozycji książkowych zostało napisanych co najmniej 20 lat temu. „Technopol” czy „Cybernetyka i społeczeństwo” to ważne pozycje dla badaczy kultury, ale niekoniecznie dla mas. Problemy zauważone dwie dekady temu stały się naprawdę palące dopiero po przełomie dokonanym w dziedzinie genetyki i klonowania ssaków. Natomiast filmy pokroju „Matrix” jeszcze podburzyły w skali masowej nastroje społeczne. Dziś jedni podkreślają, jak bardzo mieszkańcy krajów rozwiniętych są poddani standaryzacji i jak bardzo ich życia są zmechanizowane. Coraz rzadziej określani jesteśmy imieniem i nazwiskiem, a coraz częściej rozmaitymi rodzajami numerów. Równie dobrze moglibyśmy sobie wytatuować na karku kod paskowy – przynajmniej nie musielibyśmy zapamiętywać szeregu cyfr w PIN-ach czy NIP-ach. Inni natomiast manifestują swoje człowieczeństwo poprzez zaznaczanie, że skoro majš uczucia, to robotami nie są (i znów się kłania „łowca dusz”). I jedni i drudzy zazwyczaj nie bardzo kojarzą jakiekolwiek prace badawcze, dotyczące mechanizacji ciała i życia człowieka. Wiedza na ten temat przecieka jednak przez środki masowego przekazu i powoli zakorzenia się w świadomości społecznej.

Podział na dwa obozy nie wydaje się jednak tak do końca słuszny. Nie jest bowiem istotne, czy definicja człowieczeństwa zostanie rozszerzona na maszyny lub czy definicja maszyny zacznie także określać ludzi. Ważne jest natomiast dostrzeżenie innej możliwości, a mianowicie – powstania zupełnie nowej kategorii łączącej je obie. Postawienie znaku równości między rozumem człowieka a rozumem maszyny prawdopodobnie nigdy nie będzie możliwe, co prowadzi nas do jedynego logicznego rozwiązania, jakim wydaje się przyjęcie założenia, że istnieje wiele rodzajów inteligencji. Lem w "Bombie megabitowej" zauważył, że jeśli powstanie kiedyś sztuczna inteligencja, to jej konstruktorzy będš zmuszeni wkroczyć w świat różnorodności. Inteligentny system będzie posłuszny lub nie, ponieważ będzie rozumiał nakazy i prośby i sam zadecyduje, czy się sprzeciwić czy usłuchać. Własne zdanie będzie go konstytuowało jako odrębnš i wolną jednostkę.

To właśnie oznacza, że czekają nas narodziny nowego typu człowieka, który nazwałam homo sapiens mechanicus. Narodziny te będą polegały na tym, że jego odmienność zostanie po prostu dostrzeżona na tle wytworzenia się sztucznej inteligencji czy też coraz rozleglejszych i częstszych ingerencji mechanicznych w ciało człowieka. Okaże się wtedy, że nie można postawić pytania o człowieczeństwo, bo przestanie istnieć jedna określająca je definicja. Zatem równie dobrze android czujący i myślący jak człowiek (lub właśnie nie jak człowiek) i cyborg z mózgiem organicznym, ale ciałem mechanicznym, będą mogli być postrzegani jako ludzie. Ludzie - różniący się od siebie, tak jak różnią się poszczególne rasy, ale przecież ciągle ludzie.

Agnieszka Opuchlik