ludzie sztuka myśli archiwum

Kreta...tam i z powrotem

Podróżowanie po Grecji wymaga czasu i skupienia. Kręte ścieżki prowadzą od Peloponezu, przez Olimp, Teby, wyrocznię delficką, Trację, do Rodos (największej z dwunastu wysp Dodekanezu), Cyklad wraz z małą Santorini, by dobiec swego kresu na Krecie, największej z greckich wysp, a zarazem najbardziej wysuniętej na południe – części Europy. Każdy z tych obszarów opowiada inną historię, przywołując kolejnych bohaterów mitologicznej Odysei. Jak w starożytnym teatrze, od wschodu do zachodu słońca, na scenie Morza Egejskiego, trwa całodzienny spektakl, w którym współczesne losy splatają się ze znakami przeszłości. Najstarsze z nich (w skali europejskiej) przynależą do powstałej w trzecim tysiącleciu pne. cywilizacji kreteńskiej, zwanej także minojską.

Ślady tej kultury wytyczają najbardziej znany szlak wędrówek przez Kretę. Ale to co do dzisiaj na nim się znajduje, odzwierciedla właściwie tzw. okres młodszych pałaców i liczy zaledwie półtora tysiąca lat pne. (Pałace w Knossos, Fajstos, Malia). Tak naprawdę o początkach cywilizacji kreteńskiej świadczą fragmenty naczyń i narzędzi zgromadzonych w licznych muzeach, a datowanych na 3000-1900 lat pne. Owe najstarsze wykopaliska noszą na sobie piętno zniszczenia, które (o dziwo!) nie było tylko dziełem rąk ludzkich. Dokładne analizy potwierdzają tezy, że kultura minojska przetrwała kilka potężnych kataklizmów m.in. trzęsienie ziemi w 1700 roku pne. oraz wybuch wulkanu na pobliskiej Santorini. Dopiero najazd Mykeńczyków (ok. 1450 roku pne.) zapoczątkował schyłek cywilizacji kreteńskiej, zakończony trzysta lat później – niszczycielskim podbojem dokonanym przez plemiona Doryckie. Duch kultury egejskiej mógł odrodzić się dopiero w antycznej Grecji, która swą świetność przeżywała między V a IV wiekiem pne.

Dalsza historia Krety wyraźnie nawiązuje do losów całego kontynentu. I tak w I wieku pne. wyspa staje się prowincją Cesarstwa Rzymskiego, by w 395 r. przejść pod wpływy bizantyjskie. Zmierzch świata starożytnego, który nastąpił niedługo później, przyniósł ze sobą kolejną falę wojen i wielkie geopolityczne zmiany w obszarze śródziemnomorskim. W ich wyniku Kreta dostała się pod panowanie Wenecjan. Od XV wieku nękana najazdami tureckimi, uległa sile osmańskiej w 1645 roku, by dwieście lat później rozpocząć najważniejszą z wojen – o niepodległość. Kolebka kultury egejskiej powróciła do Grecji 30 maja 1913 roku. Dziś jest jedną z głównych atrakcji turystycznych obszaru Unii Europejskiej, szczególnie chętnie odwiedzaną przez Niemców, Francuzów i Belgów.

Grecy mówią megali nissi, my – Wielka Wyspa. Swoim kształtem przypomina... ślimaka bez muszli, baśniowego smoka z „Niekończącej się opowieści”. Wyobraźnia skazana na kontur powielany przez mapy, dopasowuje kształty wybierając z ikon masowej kultury. Kreta oglądana z okien samolotu długo sprawia wrażenie wymarłej. To ponad 8000 km² piętrzących się skał z nielicznymi oazami zieleni. Szara, górzysta, nieprzenikniona.

Północny brzeg wyspy zdaje się być jedyną linią tętniącą życiem. Ciągnie się od miasta Kalivani (najdalej wysuniętego na zachód), poprzez Chanię, Rethymnon, Heraklion do wciętego w ląd Agios Nikolaos, a kończy – na wschodniej krawędzi Vai, której palmowa plaża przypomina tropikalne zakątki świata. Każde z tych miast stanowi unikalne połączenie uliczek, kamieniczek i portów w stylu weneckim z nowoczesnymi tawernami, kawiarniami i hotelami ciągnącymi się w nieskończoność wzdłuż Morza Śródziemnego. W porównaniu z tym nagromadzeniem druga strona wyspy zdaje się być wyludniona. Dlatego też wszyscy, którzy próbują uniknąć sezonowego tłoku i chcą odpoczywać na najczystszej kreteńskiej plaży – jadą do Matali. To miasto położone w samym środku południowego nadbrzeża, wysunięte w Morze Libijskie, otoczone wysokimi pasami gór ma w sobie coś z wakacyjnego luzu i hipisowskiej radości życia. Nie zatraciło atmosfery z lat 70. gdy ściągali do niego hipisi z całej Europy, by zamieszkać w kamiennych grotach przy plaży. Kilku z nich pozostało w Matali i choć przybyło im lat, a jaskiniom przywrócono ich pierwotną rangę – wczesnochrześcijańskich grobowców – nadal są dziećmi kwiatów...

Tysiące turystów koczują wraz ze słońcem na plażach. Setki kolorowych parasoli złudnie ocieniają leżaki. Dziesiątki słów łączą się w jeden międzynarodowy gwar. Dziś już nikogo nie kusi odgadywanie opowieści zaklętych w kamieniach, ani szukanie śladów mitologicznych wędrówek, nawet jeśli związane są z narodzinami Zeusa. Gdzieś pośród wysokich klifów przycupnęła niewielka zatoka. Zdaje się być zatrzaśnięta w skalnym półkolu, w odwiecznym uścisku kawałkującym horyzont. Dopiero gdy przemierzymy całą długość brzegu obraz horyzontalnej linii dopełni się, złoży jak puzzle z wielości spojrzeń... Źródeł tajemniczości tego miejsca należy szukać w miłosnej historii – Zeusa i Europy. Ale o tym milczą nawet skały...

A kto chciałby odnaleźć pradawny labirynt i pokłonić się geniuszowi Dedala, będzie zawiedziony. Ani śladu po Minotaurze, ani kawałka nici z kłębka podarowanego przez Ariadnę. Ruiny świetności pałacu Minosa codziennie rozdeptywane są przez blisko cztery tysiące par butów. Fragmenty komnat, kolumny, dziedziniec centralny i główne schody zostały zrekonstruowane na początku XIX wieku, z przesadą charakterystyczną dla ich odkrywcy – Arthura Evansa. I chociaż wspomniana ingerencja wywołała ogromne oburzenie wśród ówczesnych archeologów, dziś to ona stanowi cenną wskazówkę dla wyobraźni, otoczonej trudno rozpoznawalnymi fragmentami największej minojskiej budowli.

Małe wioski zamknięte w szkatułce gór są tak samo nierealne i uśpione jak ocieniające je skalne ściany. Jedna droga do nich prowadzi i jedna odprowadza. Zawsze ta sama, bez względu na to czy staje się drogowskazem dla przypadkowych podróżnych czy przeprowadza dobrze znane kroki swych mieszkańców. Małe wioski w cichości znikają za zakrętami, równe nagle jak się pojawiają. A drogi przetykane ostrymi zakrętami wiją się dalej, to w górę, to w dół. Wczepione w zbocza skał, zwężają się bez uprzedzenia jakby chciały przytulić do siebie pędzące samochody i w ten sposób zatrzymać ruch tak mało naturalny dla krajobrazu monumentalnie wypiętrzonego pośrodku morza.

Chwilami odrealnienie jest tak ogromne, że nie wystarcza wrażenie obcości. Relacja Człowiek – Ziemia traci swą wymowę. Człowiek szuka dalej, wykracza poza codzienność. Ziemia na której stoi, Ziemi przed którą stoi jest krajobrazem „z innej planety” jakby mniej ludzkiej. Przestrzeń ciężko opiera się na grzbietach gór, które bez znaków wody, a więc i życia, w ciszy – Trwają. Owo Trwanie jest jedynym odczuwalnym bez-ruchem.

Podróże między wyspami Morza Egejskiego nie są już ani rytuałem, ani nie niosą w sobie znamion wielkich wypraw, choćby po złote runo... Codziennie wręcz nieskończona liczba promów, statków, stateczków i rybackich łódek przemierza przestrzeń zamkniętą kolistą linią. Chwilowe zawieszenie gdzieś między morską płaskością a wklęsłością nieba wprowadza inny wymiar, bez tu i bez teraz. Czasoprzestrzeń rozciąga się wokół, jest jak inny byt, odczuwalny i prawie dotykalny. Każdego dnia słońce wschodzi i zachodzi – inaczej. Szczególny rytuał odbywa się o zmierzchu, tuż przed nadejściem potężnej fali ciemności. Słońce znika w rozgrzanej srebrnym poblaskiem tafli, zatapia się w płynnej stali, by stać się najcenniejszym klejnotem wśród morskich skarbów. Czasem wraz z mgłą reżyseruje spektakl blasków i cieni, prowadząc w nieznanym kierunku statki i ich widma...

...ciężar kamienistego brzegu. Piasek ma tysiące kolorów: od czerwieni, poprzez szarość przetykaną Lekkość i czystość żółcieni została tu zamieniona w kamykami, aż do czerni. Za to woda gubi barwy z sekundy na sekundę. Nie wystarczy szukać szafirów, turkusów, kobaltów czy szmaragdowych odcieni. Wszystko mieni się – słońcem... A kiedy zamkniemy oczy, pozostaną fale spienione i rozlane, przynoszące kamienie i odchodzące w nieskończoność. Odwieczny, tysięczny rytm przybliżania i oddalania, transowego zapomnienia. Tylko wiatr, sługa greckich bogów, rozbudza szaleństwo istnienia.

Pojawiają się w różnych miejscach wokół drogi. Na zakrętach, rozjazdach, przy skalnych urwiskach. Kapliczki. Małe domki przypominające pałace dla lalek. Miniatury monastyrów. Niektóre blaszane, odrapane i zardzewiałe z zamkniętymi drzwiczkami, inne białe i dostojne z palącymi się wewnątrz świeczkami. Zamykają w sobie ikony, wota i pamięć o zdarzeniach niebezpiecznych, często tragicznych. Są jak poustawiane ręką anioła przystanki śmierci. Drogowskazy, z których najlepiej nigdy nie korzystać.

„Rakija, Rakija... Rakija” – dziś już nikt tak nie zaprasza zdrożonych wędrowców pod swój dach. Sławna kreteńska gościnność została zweryfikowana przez życie. Napływ wielu tysięcy turystów odmienił zwyczaje. Jeszcze tylko gdzieniegdzie można zajrzeć przez otwarte drzwi i zobaczyć skrawek świata, niezmiennego mimo upływu lat. Dziś rakija bywa „gościnnie” podawane przez właścicieli tawern i kawiarenek. Jest swoistym gestem przyjaźni (oczywiście skomercjalizowanej) między właścicielem lokalu a miłymi gośćmi. Wspólne toasty też już zostały pozbawione indywidualnego kolorytu... Aby poznać kraj należy poznać jego kuchnię... A w niej najważniejszy jest chleb. Ten tradycyjny kreteński przed podaniem na stół musi być nasączony oliwą, bo inaczej jest zbyt wyschnięty i twardy, przystosowany do długiego przechowywania. Niestety ten rodzaj chleba odchodzi w zapomnienie. Tylko dociekliwi przyjezdni poznają jego smak. Większość turystów jest nieświadomie skazana na uwspółcześnioną wersję, zbliżoną do chleba całej Europy.

Lektura „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego sprawiła, że odczytywałam Kretę mniej europejsko. Wszak stanowi ona przedmorze Afryki. Położona na prawie tej samej szerokości geograficznej co zachodnio-północna część Czarnego Kontynentu ma w sobie wiele jego barw: długość dni, nagłość nocy, rozłożenie pór roku, roślinność, wyschnięte koryta rzek. Wielokrotnie myślałam o Afryce patrząc na kamienną i wysuszoną ziemię. Czułam też powiew gorącego wiatru z Sahary libijskiej. A nade wszystko pamiętałam o słońcu, które wyznaczało powolny rytm dnia i przywracało życie wraz ze swym zachodem.

Przejeżdżając przez małe miasteczka i maleńkie wioski unieruchomione gdzieś pomiędzy górami, zastanawiałam się jak żyją ich mieszkańcy. Czy codziennie przesiadują przed domami i kontemplują krajobraz? „Dla większości mieszkających tam ludzi rzeczywisty świat kończy się na progu ich domu, na krańcu ich wioski, najwyżej na granicy ich doliny. Świat dalej położony jest nierealny, nieważny i nawet niepotrzebny, natomiast ten, który mamy pod ręką, w zasięgu naszego wzroku, urasta nam do rozmiarów wielkiego i wszystko inne przesłaniającego kosmosu. Często człowiekowi miejscowemu i przybyszowi z daleka trudno znaleźć wspólny język, ponieważ każdy z nich używa na tę samą okolicę innej optyki. Przybysz posługuje się obiektywem szerokokątnym, który daje nam obraz oddalony, pomniejszony, ale za to o długiej linii horyzontu, a rozmówca miejscowy używał zawsze teleobiektywu czy nawet teleskopu wyolbrzymiającego najmniejszy szczegół”.

Dzięki tym hebanowym słowom zrozumiałam jak blisko i jak daleko jest podróżującemu do prawdziwego domu – gdzieś na Krecie, w Polsce, w Afryce.

Aleksandra Rudalska